Hela na Ziemiach odzyskanych. ODCINEK 8 TOMU II PRZYGÓD HELI.
PODRÓŻE MAŁE I DUŻE
Od kiedy zaczęłam życie w faktycznej separacji z Karaputem, dużo podróżowałam, przeważnie w towarzystwie mojego wnuka, który też lubił podróżować. Ja odkryłam na stare lata, że kocham podróże, bo wcześniej byłam zajęta wychowaniem córki a potem pościgiem za pieniądzem i dorabianiem się wspólnie z Karaputem.
Z Leszkiem, moim najmłodszym wnukiem, pojechałam do Anglii, gdzie Klaudiusz załatwił mu pracę. Klaudiusz, wieczny buntownik, jakoś nie mógł znaleźć swojego miejsca w tzw. wolnej Polsce, choć na chwilę załapał się do pracy w administracji rządowej, gdzie się straszliwie pokłócił najpierw z komuchami a potem i ze „swoimi”. W zachodniej Europie też nie mógł się odnaleźć aż znalazł robotę w wędrownym lunaparku u angielskich Cyganów. Spodobało mu się takie wędrowne życie. Zamieszkałam z Leszkiem u niego na parę dni w przyczepie. Wszyscy się dziwili, że babka po siedemdziesiątce daje radę w takich warunkach, kiedy wielu młodych ludzi nie wytrzymuje takiego życia. Klaudiuszowi i Leszkowi taka praca pasowała.
Ja od razu nalepiłam pierogów, które zjedli ze smakiem. Na drugi dzień postanowiłam zrobić im włok. Włok to lebioda czyli komosa biała, przyrządzana podobnie jak szpinak na gorąco. Ta pożywna papka uratowała niejedno pokolenie w czasie kryzysu, głodu czy wojny. Kiedy mężczyźni walczyli z bronią w ręku, kobiety walczyły o przetrwanie, kombinując jak zapewnić rodzinom pożywne jedzenie. Dzisiaj na zachodzie, ludzie, którzy się tym zajmują, nazywają się prepersami lub surwiwalowcami. U nas, my kobiety, byłyśmy prepersami i mistrzyniami surwiwalu z dawien dawna. Obeszłam wszystkie łąki i trawniki we wschodnim Londynie, gdzie stacjonował lunapark. Znalazłam w końcu coś podobnego do lebiody, ale było jakieś gorzkie. „Oj, marnie widzę Anglików na wypadek wojny czy innej bidy, kiedy lebiody nie majo” – myślałam. No i w końcu się zgubiłam. Na szczęście, pracodawcy Klaudiusza uruchomili swoich znajomych Cyganów ze wschodniego Londynu, którzy mnie odnaleźli. Dopiero później się dowiedziałam, że to Cyganie, bo ci angielscy zupełnie do naszych niepodobni – przeważnie rudzi a niektórzy nawet niebieskoocy blondyni.
Później wybraliśmy się z Klaudiuszem do Brodzicy koło Hrubieszowa, do naszych kuzynów. Wieś Brodzica, po ukraińsku Borodycia, kiedyś nazywała się Świataja Bohorodycia. Nie wiadomo dokładnie kiedy zmieniono nazwę i komu nie podobało się nawiązanie do Świętej Bogurodzicy. Wioska też miała burzliwą przeszłość. Kiedyś zamieszkiwali ją niemal sami Ukraińcy. Zaraz po wojnie wysiedlono stąd wszystkich Ukraińców, a osiedlili się w niej polscy Wołyniacy. Pewnego dnia oddział UPA spalił wioskę. Ludzie z Brodzicy różnie mówią na ten temat. Niektórzy twierdzą, że była to kontynuacja masowego wybijania Polaków na Kresach. Inni mówią, że oddziałowi UPA chodziło tylko o zniszczenie domów i gospodarstw, bo w ten sposób chcieli zapobiec trwałemu wysiedleniu Ukraińców z tego regionu.
Byliśmy świadkami rozmowy starszej kobiety i mężczyzny na ten temat, kiedy siedzieliśmy nad rzeką Huczwą:
– Kiedy UPA zaczęło palić wioskę, przypomniała mi się rzeź mojej Aleksandrówki na Wołyniu. Wtedy tylko ja i kilka osób się uratowało. Wzięłam dziecko i zaczęłam uciekać w stronę Huczwy. Weszłam po szyję i tak stałam całą noc. Rano byłam już siwiusieńka. Byłam przekonana, że wszystkich wymordowali, podobnie jak w Aleksandrówce.
-Kiedy mordowali to mordowali ale po wojnie już masowych mordów na cywilach nie było. W Brodzicy, liczącej ponad sto domostw, zginęło tylko kilka osób, głównie ubeków i ormowców oraz ktoś, kto próbował ratować płonące gospodarstwo. Poza tym, wszystkim ludziom pozwolono wyjść z wioski.
-Byc może. Ja już nie chciałam wracać do Brodzicy po tym wszystkim. Jestem tu pierwszy raz od tamtego czasu.
Wieczorem wróciliśmy z Klaudiuszem do domu naszych kuzynów, gdzie przy flaszce zebrało się paru sąsiadów rolników. Zaczęła się dyskusja o polityce a przede wszystkim o tym, co zrobiono z rolnictwem.
– Tak wierzyliśmy w Solidarność a co oni z nami rolnikami zrobili!
– No, jednak nikt nie wyruchał rolników jak partia chłopska – ZSL i PSL, ciągle takie same skurwinsyny.
-Najlepiej to jednak za Gierka nam było!
– Może i tak, ale nie dlatego, że zrobił rolnikom dobrze lecz dlatego, że się od rolników odpierdolił! Zajął się uprzemysłowieniem kraju a od nas tylko kupował żywność za którą dobrze płacił. I lepsze to było dla państwa niż wcześniejsze przymusowe dostawy.
– Piździu, piździu, szcze zawtra skażu- skwitował ktoś „po chachłacku” rozmowę, która nie przynosi owoców – pobawmy się lepiej na wesoło!
Chłopina puścił muzykę jakiegoś kozackiego zespołu. Ja opuściłam nieco na dół „reformy” – duże ciepłe majtki, tak że wyglądały jak hajdawery pod spódnicą i zaczęłam odstawiać kozackie tańce. Wszyscy mieli ubaw po uszy i dziwili się, że stara baba potrafi tak się bawić.
Zbyszek wybierał się na zakupy do Włodzimierza Wołyńskiego, który przed wojną był po prostu Włodzimierzem a ostatnio znów wrócił do tej prostej nazwy. Postanowiliśmy się zabrać razem z nim. Chciałam zobaczyć po latach to piękne miasto a przy okazji kupić trochę spirytusu a Klaudiusz swojej ulubionej „ukraińskoj z sercem” (wódki z papryczką) Po udanych zakupach, wracamy a już kilka kilometrów od granicy, milicjanci, pogranicznicy i celnicy zaczynają „dojenie”. Czepiają się wszystkiego, po czym odpuszczają w zamian za 10 hrywien. Nawet szeregowej pograniczniczce trzeba było zapłacić.
Klaudiusz krzywi się:
-widzę, że po wydarzeniach na Majdanie i powtórzonych wyborach, korupcja się „zdemokratyzowała”. Przekraczając granicę trzeba zapłacić w kilku miejscach drobną kwotę. Po cholerę ja jeździłem obserwować wybory jako sposterihacz!
– W Polsce nie zrobiłeś porządku do końca a na Ukrainie chcesz zrobić? Zrozum, że u nich zawsze tak było i zawsze będzie!
– On ciągle chce świat zmieniać. Kużdyn jedzi, kużdyn daji…tylko ja mam wnuka nawiedzonego!
Ale Klaudiusza to nie uspokoiło. Kiedy kolejny pogranicznik się do czegoś przyczepił, by wyłudzić łapówkę, rzucił się na niego z krzykiem. Ten zaczał uciekać a Klaudiusz zaczął go gonić. Na szczęście zamknął się w budce i dobrze, bo pewnie by mu przywalił i mielibyśmy problem. Ukraińscy celnicy i pogranicznicy chcieli jak najszybciej zakończyć to zamieszanie i kazali nam jechać dalej.
Chcieliśmy też pojechać do Wichci na Kociewie, by powspominać dawne czasy. W końcu pojechaliśmy … ale na jej pogrzeb.
Przy jej trumnie płakałam i wołałam wniebogłosy:
-Już się nigdy na tym świecie nie zobaczymy moja kochana!
Na stypie byłam już jak zwykle wesoła, zachęcałam do picia i jedzenia, nawet kawały opowiadałam.
Ktoś mi zwrócił uwagę, że tak rozpaczałam na pogrzebie a teraz taka wesołość.
– Bo tak właśnie trzeba! Na pogrzebie trzeba się wypłakać, bo kończy się coś niepowtarzalnego, ale potem trzeba znów cieszyć się życiem, które jest nam jeszcze dane a umarli idą do swojego świata.
–
Zostaw komentarz