Rosji nie trzeba czołgów, żeby odtworzyć jej świat sprzed 1914 roku. Wystarczy, że Europa Środkowa znowu stanie się przedmiotem gry mocarstw.
Czego naprawdę powinniśmy się bać
Kiedy myślimy o rosyjskim zagrożeniu dla Polski, wyobraźnia od razu podsuwa czołgi, rakiety, przesuwane granice, wojska idące na zachód. To naturalne, zwłaszcza po 24 lutego 2022 roku. Ale paradoksalnie otwarta wojna Rosji z Polską nie jest dziś najbardziej prawdopodobnym scenariuszem. Jesteśmy w NATO, na wschodniej flance stoją wojska sojusznicze, a atak na Polskę oznaczałby konflikt z całym Sojuszem.
Rosja ma jednak do dyspozycji znacznie tańszy arsenał: dezinformację, operacje wpływu, cyberataki, presję migracyjną, sabotaż, wykorzystywanie zależności gospodarczych i energetycznych, finansowanie lub wzmacnianie radykalnych środowisk, podsycanie konfliktów społecznych, historycznych, narodowych.
Nie trzeba nawet przekonywać Polaków do Rosji. Wystarczy przekonać wystarczająco dużą część społeczeństwa, że nie warto ufać NATO, Amerykanom, Unii Europejskiej, Ukraińcom ani – najlepiej – własnemu państwu.
Rosyjska wojna hybrydowa nie musi więc produkować rusofilów. Wystarczy, że produkuje nieufność, izolacjonizm i polityczny chaos.
Lekcja z Ukrainy
Ukraina pokazuje jednocześnie, gdzie kończą się możliwości tej strategii. Rosja przez lata próbowała utrzymać ją w swojej orbicie środkami politycznymi, gospodarczymi, informacyjnymi, wykorzystując wewnętrzne podziały. Nie osiągnęła celu – Ukraina zamiast wracać do Moskwy, coraz mocniej zwracała się ku Zachodowi.
Kiedy instrumenty pośrednie zawiodły, Kreml sięgnął po najstarszy z możliwych – regularną armię.
W przypadku Polski zadanie Rosji jest jednak inne. Moskwie nie zależy na zdobyciu Warszawy. Wystarczyłoby doprowadzić do sytuacji, w której Polska pozostaje formalnie niepodległa, ale przestaje być trwale zakotwiczona w strukturach Zachodu.
Co naprawdę pokazuje Dugin
I tu warto wrócić do Aleksandra Dugina. Nie dlatego, że jest jakimś mitycznym „mózgiem Putina” – jego realny wpływ na decyzje Kremla bywa mocno przeceniany, i badacze (Bäcker, Eberhardt, Kwiatkowski) zgodnie zwracają na to uwagę. Dugin jest jednak od trzech dekad jednym z najbardziej charakterystycznych głosów rosyjskiego neoimperializmu. A jego Podstawy geopolityki z 1997 roku są interesujące nie dlatego, że opisują realny plan Kremla, tylko dlatego, że pokazują pewien sposób patrzenia na mapę Europy – sposób, który w rosyjskim myśleniu strategicznym wcale nie zniknął wraz z autorem.
W tej wizji Dugin dzieli kontynent linią biegnącą mniej więcej od Renu po Adriatyk: na zachód od niej – strefa niemiecka, na wschód – rosyjska. Polska w tym układzie traci Poznań, Wrocław, Gdańsk, Toruń i Olsztyn na rzecz odtworzonych z niebytu Prus, a o jej dalszym losie decydują wspólnie Berlin i Moskwa.
Nie trzeba się z tą mapą zgadzać, żeby zauważyć, co ona naprawdę pokazuje: nie ma na niej wygodnego miejsca dla silnego pasa niezależnych państw między Rosją a Niemcami.
Polska, Ukraina i cała Europa Środkowo-Wschodnia są w tym myśleniu problemem nie dlatego, że Rosja koniecznie musi je okupować. Problemem jest ich samodzielność geopolityczna i zakotwiczenie w świecie zachodnim.
Dlaczego 1914, a nie 1989
Zauważ, drogi czytelniku, że w całej tej rozmowie już nikt nie wspomina roku 1989. I to nieprzypadkowe.
Dla Rosji komunizm był tylko etapem przejściowym tego samego Imperium Rosyjskiego – zmieniła się ideologia i sztandar, ale nie logika przestrzeni, mocarstwowości i strefy wpływów. Upadek ZSRR nie był dla Kremla końcem imperium, tylko chwilą słabości, którą trzeba było przetrwać i odrobić. Punktem odniesienia dla rosyjskiego myślenia strategicznego nie jest więc rok 1989, tylko świat sprzed 1914 roku – czasy, gdy o losach Europy Środkowej decydowały wielkie mocarstwa, a komunizm okazał się w tej perspektywie tylko jedną z kolejnych masek tego samego imperium. Dlatego najciekawszym rosyjskim zwycięstwem nie byłaby flaga nad Warszawą. Byłby nim powrót logiki sprzed 1914 roku.
Nie chodzi o odtworzenie granic Imperium Rosyjskiego, Austro-Węgier czy Cesarstwa Niemieckiego. Chodzi o odtworzenie mechanizmu, w którym o losach Europy Środkowej decydują wielkie mocarstwa, a leżące między nimi narody mają ograniczoną zdolność samodzielnego kształtowania własnego bezpieczeństwa.
Polacy doskonale znają ten świat. Przez większą część XIX wieku Polska nie była podmiotem europejskiej równowagi sił. Była jej przedmiotem.
I właśnie dlatego NATO, obecność USA w Europie i integracja europejska mają dla Polski znaczenie większe niż bieżące sympatie polityczne. Możemy spierać się o kompetencje Brukseli, politykę Waszyngtonu, koszty transformacji energetycznej czy model integracji europejskiej – to normalne spory suwerennego państwa. Czymś zupełnie innym jest jednak podważenie wszystkich kotwic naraz.
Bo jeśli Polska odsunie się od USA, osłabi więzi z NATO, skonfliktuje się z Unią, pokłóci z Ukrainą i zacznie traktować Rosję jako problem drugorzędny – nie stanie się przez to bardziej suwerenna. Może po prostu zostać bardziej samotna.
A samotna Polska między Niemcami a Rosją nie jest historycznym eksperymentem, którego wyniku nie znamy.
Zachodni kod cywilizacyjny
Jest tu jeszcze jeden, głębszy wymiar – dobrze widoczny właśnie w rosyjskim eurazjatyzmie. Polska jest krajem słowiańskim, ale jej historyczny kod cywilizacyjny wyrósł w świecie łacińskiego Zachodu.
To jeden z najważniejszych paradoksów naszej historii: językowo i etnicznie należymy do świata słowiańskiego, ale przez tysiąc lat instytucjonalnie, religijnie i kulturowo rozwijaliśmy się w obrębie zachodniego chrześcijaństwa. Polski parlamentaryzm, prawo, uniwersytety, samorządność, kultura polityczna, samo wyobrażenie Rzeczypospolitej – to inny krąg niż rosyjska tradycja imperialna.
Nie oznacza to, że prawosławie jest „wrogą” religią, ani że istnieje jakiś prosty konflikt katolików z prawosławnymi. Taki wniosek byłby intelektualnie prymitywny.
Chodzi o coś innego. Rosyjska myśl eurazjatycka przeciwstawia Zachodowi własny model cywilizacyjny – wyrastający z prawosławia, tradycji bizantyjskiej, imperialnego państwa i idei odrębnej przestrzeni eurazjatyckiej. W tym obrazie świata Polska jest przypadkiem szczególnie niewygodnym: słowiańskim narodem, który konsekwentnie wybiera Zachód.
Dlatego obecny konflikt jest także sporem o to, gdzie w ogóle przebiega granica politycznego i cywilizacyjnego Zachodu.
Problem polskiego radykalizmu
I tu zaczyna się problem z częścią polskiego radykalizmu politycznego. Nie trzeba być rosyjskim agentem, żeby realizować postulaty, których skutek odpowiada rosyjskim interesom. To dwie zupełnie różne rzeczy i trzeba je rozdzielać. Dlatego nie twierdzę, że Grzegorz Braun jest rosyjskim agentem – nie mam na to dowodów, a samo podobieństwo poglądów niczego nie dowodzi.
Ale można zadać inne pytanie: co zostałoby z polskiej pozycji geopolitycznej, gdyby konsekwentnie zrealizować politykę osłabiającą integrację europejską, kwestionującą znaczenie NATO i relacji ze Stanami Zjednoczonymi, pogłębiającą konflikt z Ukrainą i relatywizującą zagrożenie ze strony Rosji?
Czy Polska stałaby się dzięki temu bardziej suwerenna?
Czy może po prostu wrócilibyśmy do znacznie starszego układu sił – Polski stojącej samotnie między większymi od siebie mocarstwami?
Gdzie naprawdę przebiega linia obrony
Na tym polega współczesna wojna hybrydowa. Jej największym sukcesem nie jest przekonanie Polaków, żeby pokochali Rosję. Sukcesem byłoby przekonanie nas, żebyśmy sami rozmontowali system, który od trzydziestu lat chroni nas przed powrotem do świata sprzed 1914 roku.
Rosyjskie czołgi nie muszą wtedy dojechać do Warszawy. Wystarczy, że Polska ponownie stanie się krajem, o którego bezpieczeństwie i miejscu w Europie w coraz większym stopniu decydują inni.
I być może właśnie dlatego najważniejsza linia naszej obrony nie przebiega dziś wyłącznie na Bugu, w bazach NATO czy w systemach obrony przeciwlotniczej.
Przebiega również w naszej głowie – w odpowiedzi na pytanie, czy Polska chce pozostać częścią politycznego i kulturowego Zachodu, czy ponownie znaleźć się w szarej strefie między Zachodem a rosyjskim imperium.
Bo geografia zostawiła nam niewiele miejsca na trzecią drogę.
#Polska #Rosja #Geopolityka #Bezpieczeństwo #NATO #Dugin #EuropaŚrodkowa #WojnaHybrydowa #Suwerenność #Ukraina
Bibliografia
Eberhardt P., Koncepcje geopolityczne Aleksandra Dugina, „Przegląd Geograficzny” 2010, t. 82, z. 2, s. 221–240.
Kwiatkowski S., Czy Putin „mówi Duginem”? Porównanie myśli politycznej Aleksandra Dugina z myślą Władimira Putina w świetle radykalizacji światopoglądu prezydenta Federacji Rosyjskiej, „Dialogi Polityczne / Political Dialogues” 2023, nr 35, s. 61–80, DOI: 10.12775/DP.2023.009.
Świder K., Osobliwości metodologiczne rosyjskiej geopolityki, „Myśl Ekonomiczna i Polityczna” 2016, nr 4.
Walasek K., O przestrzeni wolności według Aleksandra Dugina, [w:] Między Europą a Azją. Idea Rosji – Eurazji, Kraków 2015.
Kawa M., recenzja: Aleksandr Dugin, Manifest Wielkiego Przebudzenia i pisma czasu wojny, wstęp i red. M. Piskorski, Warszawa: Dom Wydawniczy Myśl Polska, 2022, „Rocznik Filozoficzny Ignatianum / The Ignatianum Philosophical Yearbook” 2025, t. 31, nr 2, s. 577–585.
Dugin A., Podstawy geopolityki, tłum. A. Radlak, Warszawa: Wydawnictwo ReVolta, 2019 (wyd. oryg. Основы геополитики. Геополитическое будущее России, Москва 1997).
Autor: dr Adam Stolarz
Ekspert ds wyceny przedsiębiorstw. Doktor nauk o bezpieczeństwie. Poszukiwacz genu innowacyjności w polskiej gospodarce obecnie i w przeszłości
Zostaw komentarz