Maurycy Mochnacki pisał po klęsce powstania listopadowego, że wszystkie nasze porażki wynikały z jednej fundamentalnej wady: niezdolności poruszenia całego narodu. Nieumiejętności przekształcenia mas mieszkańców Rzeczpospolitej w świadomą politycznie, odporną i zdolną do działania wspólnotę. To ostrzeżenie, sformułowane 200 lat temu, brzmi dziś tak samo aktualnie, jak wtedy — może nawet bardziej.

Naród to nie partia polityczna, nie rząd i nawet nie armia. Naród to wielomilionowa wspólnota, która rozumie swoją historię, jest świadoma zagrożeń i potrafi stawić im czoło. Bez tej świadomości nie ma bezpieczeństwa. Bez tej świadomości nie ma państwa. Dziś, w 2025 roku, stajemy wobec przeciwnika, który jest nie tylko naszym odwiecznym wrogiem, ale również jedynym poważnym zagrożeniem egzystencjalnym dla istnienia Polski.

Rosja — niezależnie od nazwisk, ustrojów i konstytucji — jest organizmem imperialnym. To ta sama Rosja, która w 1795 roku doprowadziła do unicestwienia Rzeczpospolitej. Ta sama, która dokonała rzezi Pragi, deportowała, więziła i mordowała polskich patriotów przez dziesięciolecia zaborów. Ta sama, która w 1920 roku szła na Warszawę, a w 1939 roku, wespół z Niemcami, dokonała IV rozbioru Polski. Ta sama, która po 1945 roku zainstalowała nad Wisłą aparat represji. Ta sama, która w 2014 i 2022 roku napadła na Ukrainę — i ta sama, która dziś, za pomocą dywersji, sabotażu, presji migracyjnej, cyberataków i propagandy przygotowuje grunt pod kolejne działania testując naszą świadomość sytuacyjną, działania i odporność na dezinformację. Niestety tę walkę przegrywamy….

Rosja nie przestała być imperium. Imperium tylko na chwilę zapadło w sen i dziś znów się budzi. Jej polityka jest przewidywalna w swojej brutalności: ekspansja albo śmierć. Zawsze, gdy Rosja odzyskuje siły, wraca do tego, co robiła przez ostatnie trzysta lat — poszerza granice i podporządkowuje sąsiadów. Każdy, kto twierdzi, że Putin „nie ma zamiaru” atakować NATO, powtarza dokładnie te same kłamstwa, które Moskwa powtarzała przed zajęciem Krymu, przed wojną w Donbasie, przed inwazją na Ukrainę. Kłamstwo jest stałą częścią rosyjskiej doktryny państwowej. Naiwność jest luksusem, na który my Polacy nie możemy sobie pozwolić.

Dziś toczymy pierwszą fazę konfliktu. To nie jest metafora. Polska już jest polem działań dywersyjnych, presji migracyjnej, kampanii dezinformacyjnych i prób destabilizacji. Rosja precyzyjnie uderza tam, gdzie jesteśmy najsłabsi: w nasze podziały polityczne, w nieufność społeczną, w nieudolność instytucji państwa, w nasze wzajemne uprzedzenia i lęki. Jeśli naród traci zaufanie do własnego państwa, jeśli państwo traci zaufanie do własnego narodu — wojna została przegrana, zanim padł pierwszy strzał. To nie są moje słowa, lecz myśli chińskiego stratega wojskowego sprzed tysięcy lat – Sun Zi, a którego zasady są przekazywane kolejnym pokoleniom funkcjonariuszy rosyjskiego wywiadu.

W tym właśnie tkwi najpoważniejsze zagrożenie. Nie w rosyjskich czołgach. Nie w rakietach Iskander. Największym zagrożeniem jest polskie społeczeństwo, które zostało doprowadzone do stanu zobojętnienia, cynizmu i braku wiary w państwo. To jest dokładnie ta słabość, którą Mochnacki wskazywał jako przyczynę klęsk naszych przodków. A współczesna klasa polityczna, zamiast działać na rzecz narodowej odporności, zajmuje się plemienną wojną, zemstą, odwrotem od reform i niszczeniem przeciwników politycznych jako fundament polityki. Państwo przestało pełnić rolę strażnika interesu narodowego — stało się teatrem odwetu. A w takiej atmosferze wróg nie musi nawet przekraczać granicy. Polska sama się rozpada na naszych oczach, ale my wolimy tego nie widzieć.

Aby uniknąć nadchodzącej katastrofy, Polska musi wykonać zwrot strategiczny. Najważniejsze jest odbudowanie odporności narodowej — nie na poziomie haseł, lecz realnych działań. Edukacja obronna, szkolenia obywatelskie, odbudowa obrony cywilnej, decentralizacja energetyki, budowa struktur społecznych zdolnych przetrwać pierwsze dni wstrząsu militarnego lub hybrydowego. Przede wszystkim mentalnie, gdyż w pierwszych godzinach wojny okaże się kto jest do tego stanu przygotowany mentalnie, a kto niestety nie. Aby tego uniknąć należy podejmować działania zapobiegawcze, gdyż musimy uniknąć paniki społecznej. Obok tego państwo musi wzmocnić odstraszanie militarne, zwiększyć potencjał artyleryjski i rakietowy koncentrując swoje zasoby i działania na rozbudowie zdolności przemysłowych, które będą pozwalały toczyć wojnę materiałową, rozwijać obronę terytorialną wzorowaną na fińskim modelu „armii narodu”, zmodernizować logistykę i przygotować infrastrukturę na sytuacje kryzysowe. Doprowadzić należy do zmian mentalnych w armii kończąc z różnego rodzaju patologiami.

Jednak nawet najnowocześniejsza armia będzie bezsilna wobec narodu wewnętrznie skłóconego, podzielonego i pogrążonego w wojnie plemiennej. Polska musi odbudować zaufanie — między obywatelami a państwem, między instytucjami a społeczeństwem. Nie może być tak, że w obliczu największego zagrożenia od dekad elity polityczne, a najbardziej przedstawiciele obecnej władzy zajmują się wzajemną polityczną zemstą. Nie da się budować bezpieczeństwa na nienawiści. W dłuższej perspektywie każda władza, która opiera się na żądzy odwetu, upada — nie dlatego, że przegrywa wybory, ale dlatego, że traci moralne prawo do prowadzenia narodu, co prowadzi wraz z porażkami wyborczymi do klęski. To pokazuje bardzo wyraźnie przeszłość. Ci, którzy w chwili największych triumfów czując się tak pewni siebie, dzielili i rządzili. Po pewnym czasie doznawali największych porażek, które przesądziły o ich dalszej drodze życiowe. Zło niszczy samo siebie nawet wtedy, gdy pozornie osiągnie chwilowy sukces.

Trzeba też powiedzieć wprost: fundamentem słabości dzisiejszego państwa jest Konstytucja z 1997 roku — przestarzała, nieprzystająca do zagrożeń XXI wieku, powodująca rozmycie odpowiedzialności, paraliż instytucji i ciągłą wojną polityczną o interpretację prawa. Bez głębokiej przebudowy ustrojowej Polska będzie stale w stanie kryzysu. Państwo zbudowane na kruchych zasadach nie przetrwa wstrząsu. Z wydarzeń z 1791 r. musimy wyciągnąć wnioski następujące. Myślmy poważnie o strukturalnej i koniecznej reformie Rzeczpospolitej teraz, a nie w chwili, gdy zagrożenie utraty niepodległości nie będzie już przeszłością, lecz stać się może teraźniejszością.

Jednocześnie konieczne jest odcięcie wpływów rosyjskich i wrogich narracji, które przenikają przez słabo zawarte granice informacyjne. Narracje typu „wojna nie jest nasza” lub „NATO chce nas wciągnąć do konfliktu” nie tylko są fałszywe — są groźne. Są narzędziem osłabiania obronności narodu. Każdy, kto dzisiaj powtarza, że Rosja nie ma złych zamiarów wobec Polski, świadomie lub nieświadomie działa na rzecz przeciwnika.

Mochnacki przestrzegał: naród, który nie potrafi poruszyć własnych mas, prędzej czy później upadnie. Dziś ta przestroga brzmi jak proroctwo. Polska stoi w obliczu największego testu od 1989 roku. Wojna już trwa — jesteśmy w jej pierwszej fazie. Od tego, czy obudzimy naród, zależy, czy przetrwamy drugą.