Kilka razy – wiosną (gdy były dla tego powody) chwaliłem rząd za sprawne i szybkie decyzje dot. pandemii. Teraz – jesienią – niestety nie mam powodów, by rząd chwalić. Rząd rządem, ale może poza tym, co władza robi powinniśmy też sami jednak zachowywać się odpowiedzialnie.
Jako dziennikarz muszę się, co łatwo zrozumieć, spotykać z ludźmi. Poza tym lubię się spotykać z przyjaciółmi i znajomymi, bo ogólnie jestem raczej towarzyski. Kiedyś moją ulubioną „miejscówką” była kawiarnia w hotel Sheraton lub hotelu Regent w Warszawie. Od pół roku moją ulubioną miejscówką jest Żabka vis a vis hotelu Sheraton gdzie kupuję kawę i idę z moimi przyjaciółmi, znajomymi i rozmówcami na spacer (a kawę pijemy z kubka). Skądinąd dwie kawy w Żabce to 13 zł, a w Sheratonie zawsze zostawiałem 40, 60 a bywało i 80 zł, więc i oszczędność jest i spacer jest. Same plusy.
Od pół roku byłem dwa razy w restauracji (takiej, gdzie można zachować dystans, a i tak potem żałowałem). Gdy było ciepło chadzałem do restauracji, w których można było zjeść na zewnątrz. Poza tym zamawiam jedzenie z dostawą lub na wynos. Odbierając jedzenie zawsze zakładam maskę.
Od pół roku nie wszedłem (ani ja, ani moją żona, ani dzieci) do mojej Mamy i teściowej bez maski.
Od pół roku temu zamiast przyjmować gości w domu i być goszczonym spotykamy się z żoną z przyjaciółmi wyłącznie na świeżym powietrzu. Raz odwiedziliśmy naszych przyjaciół w ich letnim domu (bez nocowania) i raz byłem u przyjaciela ale akurat on ma tak duży dom, że siedzieliśmy co prawda bez masek, ale chyba ze 4 metry od siebie. Poza tym byłem też chyba ze dwa razy u kolegi w domu, ale w masce.
Wracając niedawno w moją Mamą z Powązek kupiłem kawę i przekąski i zrobiliśmy sobie w najściślejszym centrum Warszawy piknik na bagażniku mojego samochodu, bo od pół roku nigdy nie siadam w kawiarniach (a kawę kupuję zakładając maskę).
Od pół roku nigdy nie wszedłem do jakiegokolwiek sklepu bez maski, a maski mam najlepsze jakie można mieć (P3).
Nie czuję, abym stracił kontakt z moimi przyjaciółmi.
Nie mam wrażenia, żebym żył jak mnich.
Nie „odjechałem” (a jeśli tak to nie bardziej niż wcześniej).
Nie przestałem jeść wyszukanych potraw.
Nie przestałem pić dobrej kawy.
Nie przestałem udzielać się towarzysko.
Żyje normalnie. No może prawie.
Może mi jest ciut łatwiej niż innym, bo żyłem w bardziej niż inni pokręconych realiach. Jako dziecko w Nigerii żyłem w domu, który trzy razy był napadany (raz w przeddzień Wigilii słyszeliśmy na piętrze jak za pancernymi drzwiami kręcą się bandyci, którzy między innymi ukradli mi samochód zdalnie sterowany, który czekał pod choinką), a Ojciec miał pistolet przy stoliku nocnym (jak Mamy nie było w domu, Tata dawał mi się nim bawić). W Iraku miałem w pokoju maskę przeciwgazową, bo istniało przekonanie, że Iran może użyć broni chemicznej. Nigdy nie użył, ale ostrzeliwał Bagdad SCUD’ami (jak rakiet spadało wieczorem więcej niż 2 – 3 wiedziałem, że nie muszę robić pracy domowej, bo rano wystarczyło zgłosić Mamie ból gardła by mnie nie puściła do szkoły, gdyż się bała i wolała bym został w domu, co skądinąd było lekko bez sensu, bo mieszkaliśmy akurat tam, gdzie Irańczycy celowali, więc w szkole byłem bezpieczniejszy). Jak Mamy nie było w domu żołnierz pilnujący ambasady dawał mi Kałasznikowa z którego strzelałem do puszek. Gdy jako student odwiedzałem rodziców w Libii Ojciec czasem pisał mi na kartce, że zaraz będzie mówił bez sensu i bym się tylko zgadzał i zaczynał mi mówić, że Kaddafi jest mądrym przywódcą bo…. (chodziło o to, że Tata twierdził, że bezpieka uwielbia takie przemowy przynosić wodzowi rewolucji, a wódz dzięki temu potem życzliwiej patrzy na polskie firmy i polską ambasadę. No i tak sobie siedzieliśmy, Tata mówił, ja nie słuchałem, on pytał „co sądzisz”, a ja odpowiadałem „no racja”, a potem szliśmy nad morze, gdzie Tata mi mówił, że wódz jest psycholem). Gdy zostałem dyplomatą w Rosji i następnie na Białorusi miałem podsłuch w telefonie, podsłuch i co najmniej raz również kamery w domu (mam nadzieję, że nie w sypialni), zdarzyło się, że przez tydzień ktoś jeździł za mną zderzak w zderzak, a bywało i tak, że miałem ostentacyjną pieszą obserwację. Może jestem lekko przez to wszystko pokręcony i może dlatego wszystkie obecne ograniczenia jakoś nie robią na mnie szczególnego wrażenia.
Tym niemniej – skoro już jestem dziennikarzem i dorobiłem się grona Czytelników (co mi pochlebia) gorąco do Państwa apeluję. Nie zamykajcie się Państwo w domu, nie dajcie się zwariować bo długo nie wytrzymacie (ale jak trzeba będzie to i to wytrzymacie), ale mamy naprawdę bardzo złe statystyki zachorowań, więc może naprawdę spróbujmy na serio podejść do zasad. Idźcie na spacer, a nie na spotkanie do przyjaciół. Zakładajcie maski. Twardo trzymajcie się reguł i nie ulegajcie tym, którzy będą Wam mówić, że „przesadzacie” bo potem ci mądrale Wam respiratora nie załatwią. Stosujcie się do reguł. Im bardziej będziecie je stosować, tym spokojniej będziecie żyć.
Musiałem kiedyś wysłać pilną „szyfrówkę” z Białorusi, ale system łączności akurat nam padł. Mieliśmy teoretycznie drugi system, ale mądry szyfrant powiedział mi, że nie ma pewności co do niego i dodał, że bezpieczeństwo informacji jest albo stuprocentowe, albo zerowe i nie ma niczego pomiędzy. 50 procentowe bezpieczeństwo to tyle, co bezpieczeństwo zerowe. Nie było wyjścia i jeden z dyplomatów z kierowcą wsiedli w samochód i pojechali 600 km do Warszawy by przekazać kilka zdań.
W wypadku koronawirusa stuprocentowego bezpieczeństwa osiągnąć się nie da, ale można zrobić absolutnie wszystko by zminimalizować zagrożenie dla siebie i innych. Wszystko co poniżej tego, to tak jakbyśmy nie robili niczego. W Polsce mamy zwyczaj, że nic nie jest na serio, nic nie jest tak na 100%, do końca. No to tym razem musi być.
Zdrowia wszystkim życzę.
P.S. polecam serial „Epidemia” na Netflixie. Można się wyluzować. Przy takiej epidemii jak ta z filmu, nasza to jest pikuś.
Autor: Witold Jurasz
(tekst pochodzi z konta Witolda Jurasza na Facebook’u)
Zostaw komentarz