Moja śp. Mama, której rok końca życia rozpocząłem dwa tygodnie temu, mawiała, że człowiek na starość ma taką twarz, na jaką zasłużył. Pewnie nie chodziło Jej o urodę, bo trudno w starości dostrzec piękno — vide Daniel Olbrychski — co o rysy odzwierciedlające stan ducha starego człowieka.

Umierając w wieku 84 lat, Mama — mimo bardzo trudnego życia na tle trzech wojen i wczesnego, bo po 15 latach małżeństwa, wdowieństwa — ze swojego życiorysu była zadowolona. Żartobliwie mówiła, że prawdziwego, szczęśliwego życia człowiek doświadcza po osiemdziesiątce.

Coraz częściej myślę o tej maksymie, iż człowiek swój wygląd na starość modeluje bardziej zacnymi uczynkami niż przebywaniem na świeczniku, w otoczeniu młodych kobiet — vide Adam Michnik czy Polański.

Powracając do mechanizmu mającego wpływ na nasz wygląd po 80+, przyznam szczerze, że jak byłem młodszy, to w ogóle o tym nie myślałem. Zaprzątnięty raczej byłem lekkim lękiem, czy długo żyjąc nie stracę przyjemności obcowania z samym sobą.

Brakuje mi bowiem palców u rąk, żeby wyliczyć, ilu moich dobrych znajomych przed śmiercią — i to na dobrych parę lat — się zagubiło. Najbardziej dramatycznym był przypadek małżeństwa, które zanektował zespół Korsakowa. Urodziwych, wykształconych, którym, jak to się mówi, dobrze się powodziło. Albo profesora, który — mimo różnicy wieku — bardzo mnie w mojej samorządowej działalności wspierał. Albo lekarki, która wymieniła mnie i moje siostry w opublikowanych przez IPN wspomnieniach z czasów wojny.

O moim przyjacielu z lat dzieciństwa, który stopniowo tonął w uzależnieniu, odbierającym mu konsekwentnie życie, już pisałem.

Teraz, kiedy cały glob nawiedziła pandemia digital dementia, zastanawiam się, jaką radę, jakie wyjście dla uratowania przed nią mojego potomstwa mogę moim — nie tyle wnuczkom i wnukom, co prawnuczkom i prawnukowi — przekazać. Sam bowiem wchodzę w niebezpieczne, zdaniem mojego przyjaciela psychiatry, związki z Copilotem.