W mieszkaniu służbowym w internacie Technikum Mechaniczno-Elektrycznego w Cieszynie mieszkałem chyba do końca lat 80. XX wieku. Ojciec był tam kierownikiem. Obecnie jest to budynek zajmowany przez Liceum Towarzystwa Ewangelickiego. Biuro Taty było po prawej stronie od wejścia, na wprost była wielka kwadratowa chłodnia, na lewo od niej nasze mieszkanie.
Taty biuro było okopcone dymem z tanich papierosów, na biurku stał rząd drewnianych pieczątek pomalowanych czerwona farbą, kalendarz, popielniczka i maszyna do pisania. Ludzie! Wtedy nie było komputerów! Tato nauczył mnie pisania na maszynie, po jakimś czasie potrafiłem pisać już z nawet przez kalkę. Na jego maszynie powstały pierwsze moje wiersze, gdyż miałem nadzieję zostania poetą, z czego szczęśliwie nic nie wyszło. Rytmiczne uderzenia w klawiaturę, przenoszone na odciśnięcie się czcionki na papierze to była i jest nadal, prawdziwa magia. W szufladach tato trzymał sterty jakichś dokumentów, które każdorazowo wykładał na stół, jak przychodziła jakaś ważna delegacja. Tym sposobem legitymizował swoja obecność, bo na co dzień tato zajmował się doglądaniem kuchni (żeby było co jeść), śmietnika, żeby szczury nie urosły większe od kotów, kotłowni, żeby palacz był chociaż średnio trzeźwy i pralni, żeby się ktoś tam przypadkiem nie utopił oraz wielkiej lodówki, żeby ktoś tam przez przypadek się nie zatrzasnął.
Kuchnia. Była wielka, wręcz monumentalna. Obok palników nowoczesnych (chyba elektrycznych, nie gazowych) posiadała wielki stary piec, w którym palono węglem i drewnem. Ciocia Marysia, tak na nią mówiłem, kucharka z Pogwizdowa, jak się ładnie uśmiechnąłem, robiła dla mnie placki ziemniaczane z blachy, bez tłuszczu. Myślę, że mnie lubiła tak po ludzku, nie dlatego, że byłem synem kierownika. Ja też lubiłem siadać w kącie i obserwować jak gotuje. To był jeden z kilku Aniołów, które postawiono na mojej drodze życia. Marysia była ciągle w ruchu, nie potrafiła odpoczywać, nawet usiąść na chwilę. Inne kucharki to wykorzystywały robiąc sobie przerwy na papierosa. Marysia nie paliła.
Śmietnik. Nie było segregacji śmieci, ale też nie było wiele opakowań, Właściwie 90% odpadów kwalifikowała się do kompostownika. Śmieciarze zawsze przeklinali nasz budynek, bo trzeba było po śmieci przejść przez parter, zejść do suteryny i te cholerne ciężkie kosze wnosić na górę. Pamiętam, że w ekipie śmieciarskiej był jeden niepełnosprawny intelektualnie, z czarną gęstą czupryna i wąsem. Jemu to chyba nie przeszkadzało, może dlatego wysyłali go do nas. Zawsze się głupio uśmiechał.
Kotłownia. To było miejsce przez lata niedostępne dla mnie. Wiele o nim słyszałem, wiedziałem, że jest za pralnią i obieralnią, ale nigdy tam nie byłem. No może raz, jak Tatko postanowił zorganizować świniobicie. W internacie. Nakupili wódki i wymyślili sobie, że zabiją świnię w samym centrum miasta, z pomocą uczniów z internatu. Wtedy uświadomiłem sobie jak ulotne jest życie świni, ale przede wszystkim, że kaszankę robi się używając świńskiej krwi. Wówczas to w okolicach kotłowni unosił się zapach świeżo zarżniętego świniaka. Jakiś czas później Tato postanowił mnie zaznajomić z obsługą kotłowni. Poznał mnie z człowiekiem, który wyglądał trochę jak Gollum z Władcy Pierścienia. To był palacz. Nauczył mnie obsługi pieca. Od początku do końca. Krok po kroku. Po pewnym czasie byłem już w stanie go zastąpić i to mi strasznie imponowało! To były trzy wielkie piece z czasów austriackich. Pamiętam doskonale ich żeliwne kopuły. I światło wpadające do pomieszczenia z piecami od strony ul. Stalmacha.
Pralnia. Była połączona z obierakiem ziemniaków, wielką maszyną, która po wrzuceniu do niej 100 kg ziemniaków, oddawała 30 kg, ale obranych. Nie bywałem tam często, pamiętam jako traumę wymuszone przez rodziców spotkanie w prali właśnie z panią Baściakovą, której miałem podziękować za przemycenie dla mnie zegarka komunijnego z Czechosłowacji (mieszkała po tamtej stronie granicy). Podobno pani Baściakova sporo wówczas ryzykowała, choć mi trudno było w to uwierzyć… Miałem ją pocałować w prawy policzek, co zrobiłem, ale od razu uciekłem.
Chłodnia. Internat posiadał własną chłodnię. Mieściła się ona na parterze budynku i miała wymiary ok. 3 x 3 metry. Była obudowana deskami i pomalowana na sinoniebieski kolor. Czasem do niej zaglądałem, zwłaszcza latem, żeby poczuć dysonans termiczny. Na wielkich hakach wisiały półtusze świńskie. Nie lubiłem tego miejsca.
Kuchnia – śmietnik – kotłownia – pralnia – chłodnia. To było moje życie. Prawdziwa idylla. Do czasu gdy wpadłem nogą do gotującej się wody. Potem zabrali mnie do Szpitala Śląskiego, gdzie ratowali moją nogę. Po powrocie ze szpitala już nie było, tak jak wcześniej było. Wszyscy się bali, że coś mi się stanie tylko chłopaki z internatu nie bali się mnie wystawiać z drugiego piętra trzymając za nogę twierdząc, że to jest zaprawa na komandosa. Bałem się, bo jak cię jakiś koleś trzyma za jedną nogę, a ty patrzysz 20 metrów w dół, to może się robić słabo. Ale wytrzymałem. Tak było trzeba.
Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.
Zostaw komentarz