Dziś Srebrny Szerszeń, co muszę przyznać, sprostytuował się na blablacarze. No cóż, na pokrycie całości kosztów paliwa na trasie Wielki Cieszyn – Warszawa – Wielki Cieszyn, mnie jako spauperyzowanego profesora już nie stać. Dałem ogłoszenie i znalazłem trzech współpodróżnych.
Pierwszy jechał ze mną z Warszawy do Wielkiego Cieszyna. To zważywszy na wiek początkujący muzyk – profesjonalny grajek obsługujący różnego rodzaju tzw. eventy. Po studiach na Uniwersytecie Śląskim, z których był wyraźnie średnio zadowolony. Rozmowa kleiła się. Można było się od niego sporo ciekawych rzeczy dowiedzieć. Myśląc schematem Vincenta van Gogha zapytałem, ile musi godzin tygodniowo grać i śpiewać, żeby się utrzymać na przyzwoitym poziomie egzystencjalnym. Zakładałem, że pewnie dwa trzy pokazy tygodniowo musi koleś wyrobić. Zgasił mnie krótką odpowiedzią, że jeden koncert maks. dwa na miesiąc. I do tego podróże zagraniczne po kosztach zapraszających. A resztę miesiąca ma dla siebie i na realizację swoich pasji, doskonalenie warsztatu. Na późne rano wstawanie i długie spanie. Skisłem wówczas na chwilę.
Drugi stawił się w garniturze na początek trasy, czyli dokładnie przy bramie wjazdowej na bazarek na Wolumenie. Pięknie skontrastował mi się z tym obskurnym, przaśnym, lecz swojskim miejscem. Mało się odzywał w czasie podróży. Ale był wyraźnie zadowolony i wciąż uśmiechnięty. Zawiozłem go na dworzec kolejowy w Gliwicach, skąd dalej pojechał do Opola gdzie mieszka. Powiedziałem mu, że ogromnie szanuję Opole i jego fenomenalne ZOO za ogródek ze stadem kapibar. Nie wiedział o jakie zwierzęta dokładnie chodzi, więc trochę zaminusował, ale mu wyjaśniłem. Zapytał czy to taki przerośnięty chomik i wtedy zmieniłem temat, żeby uniknąć nieprzyjemnej scysji. Nie zrozumiałby gdybym mu powiedział, że ja też jestem Kapibarą. Rozstaliśmy się w pokoju i zgodzie. A on wciąż był jakoś tak jakby niezdrowo podekscytowany. Fajny gostek.
Trzeci przyszedł na spotkanie z dużą paczką owiniętą czarną folią. Powiedział mi, że on to ta paczka, a ta paczka to on. W dobie progresywistycznego konstrukcjonizmu uznałem, że mogę to przyjąć do wiadomości. Zapłacił za przejazd drugiego „ja” i oddalił się. To był bardzo fajny podróżny, bo nie odezwał się ani słowem. Kołysał się wesoło położony na tylnym siedzeniu na kilku poduszkach, które zawsze ze sobą wożę w nadziei na jakiś niesamowity sen w Srebrnym Szerszeniu. W Żorach paczkę odebrał wysoki pan w dresie i trochę dla żartu powiedziałem mu, że mam nadzieję, że nie wiozłem bomby lub substancji psychoaktywnych.
Naszła mnie myśl, że Srebrny Szerszeń przewiózł już na swoim pokładzie setki, jeśli nie tysiące ludzi. Z ich historiami. I od razu przypomniała mi się podróż z kobietą ok. 40 letnią, która niemal rozpłakała się przy mnie, gdy mówiła o swojej córce, z którą od kilku lat nie ma żadnego kontaktu, nie wie gdzie jest i co robi, i że każdego dnia stara się nie zwariować od myśli, że jest złą matką. Początkowo denerwowała mnie ona, bo zaczynałem rozumieć po tym co wygadywała, dlaczego jej córa od niej uciekła i nie chce jej znać, i stawałem po stronie tej biednej dziewczyny. Ale ostatecznie zrozumiałem, że obydwie są równie poranione przez siebie nawzajem i przez innych.
Gdyby ten komunistyczny NCN nie sekował profesorów z katolickich uczelni, zrobiłbym 3-letnie badania „terenowe” na bazie takich podróży z ludźmi różnych klas i warstw społecznych.
Autor: prof. Radosław Zenderowski
Polski socjolog i politolog, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny w Katedrze Stosunków Międzynarodowych i Studiów Europejskich Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, kierownik tej katedry.
Zostaw komentarz