Heheszki, kpiny i mniej lub bardziej rezolutne diatryby na temat tego, że chrześciajaństwo jest „konstruktem”. Dla niektórych wręcz – „operacją marketingową”.

Poniżej moje refleksje:

1) Pogląd, że Jezus z Nazaretu w ogóle nie istniał, to pogląd wśród historyków kompletnie marginalny. Większość badaczy dostrzega, że pełna negacja historyczności Jezusa rodzi wielkie trudności historiopoznawcze i nie stawia aż tak daleko idącej tezy.

2) Co nie zmienia, że trudno jest ściśle utożsamiać kształt religii chrześcijańskiej ukształtowany przez wieki z poglądami Jezusa i jego zwolenników, które znamy w sumie jedynie z tekstów pisanych już po śmierci Jezusa.

Zarazem – ponieważ Jezus nie podykował – jak np. Mohamet – korpusu swoich poglądów ani nie sporządził żadnych notatek, chrześcijaństwo od początku ukształtowało się jako religia „żywa”, rozwijana na drodze egzegezy pierwotnej epifanii w oparciu o ewangelie i rozważania „Ojców i Doktorów Kościoła” w wierze, że Bóg w jakiś sposób dba o właściwy przekaz tak kształtowanego wyznania. To oczywiście jest dla niewierzących podstawową kontrowersją, ale – zarazem – właśnie ona wyznacza główną oś podziału między konfesyjną a niekonfesyjną refleksją nad chrześcijaństwem. Mówiąc krótko – osoby o wyraziście sekularnym nastawieniu odrzucają tu element nadprzyrodzony, podczas gdy dla osób wierzących to właśnie on jest istotą ich wiary.

W tym sensie trudno o porozumienie. Jest dobra scena w nowym serialu Netfliksa pt. „Problem Trzech Ciał”. Pokazane tam jest, jak podczas rewolucji kulturalnej w Chinach odrzucano teorię Wielkiego Wybuchu jako nieakceptowalną dla chińskich komunistów, gdyż prowokuje ona wprost pytanie „A co było wcześniej?” – z narzucającą się odpowiedzią: Bóg. Chińscy komuniści rozumieli, że odpowiedź, iż przed Wielkim Wybuchem „nie było nic – nawet czasu” jest, mówiąc krótko, mało zadowalająca i całą teorię Wielkiego Wybuchu uważali za niebezpieczną, tępiąc ją i stojących za nią naukowców. Dziś wielu ateistów wolałoby tego nie pamiętać.

Otóż istotą wiary jest przekonanie, że nie dość, że „coś było przed wszystkim, co poznawalne”, ale że jest „to” stale obecne i przenika wszystko, co pojmowalne przez człowieka. To przekonanie jest z resztą niezwykle stare – dużo starsze niż Chrześcijaństwo. Wszystkie religie jedynie nabudowają własny konkret wokół tego pierwotnego przekonania jako doktrynę / przekaz tradycji religijnej.

Ja osobiście nie sądzę, że tego typu rozważania są nośne w sensie heurystycznym, no ale są nader nośne w sensie kulturotwórczym – czego historia ludzkości jednoznacznie dowodzi. Skoro tak – próby ich wykpienia jako kompletnie nieistotnych są po prostu kuriozalne. Ateizm ma sens jako światopogląd kwestionujący poznawczy sens pytań o Boga, lecz jako pogląd „wojujący” – próbujący „udowodnić”, że są one nieistotne sensu largo a nie tylko sensu stricte – jest po prostu komiczny. Równie dobrze ktoś mógłby dowodzić, że cała ludzka kultura nie ma sensu, bo jest jedynie „przygodna” i jako taka – bez suwerennego znaczenia. To z resztą czynią najbardziej radykalne ruchy lewicy i nic dziwnego, że zyskały w ten sposób miano „antyklutury”.