Rankiem ostatni raz sprawdzam nawigację. Przez Ruse i Rumunię dłużej, przez Serbię krócej. No ale Rumunii trochę się nauczyliśmy, daję więc znacznik, żeby jechać na Ruse i Dunaj.

Po drodze coś się poprzestawiało, bo nagle się zorientowaliśmy, że jednak prujemy na Sofię, wedle woli nawigacji.

Sprawdzam, no rzeczywiście. Przedstawiła się na Serbię. Ale, mówię do Małgosi, wychodzi szybciej o półtorej godziny. Czas dojazdu 19:38. Prujemy. Zjazd na Ruse i tak już był.

8 kilometrów przed granicą z Serbią zaczynają się wahadłowe odcinki drogowe. To znaczy zaczyna się stanie. Mijamy jednak wahadłówki a stanie się wzmaga, a czas leci. Na granicy okazuje się że najdłużej stoi się ostatnie 300 metrów. Nikt nie wie dlaczego. Bułgarów na przejściu nie ma, nic nie sprawdzają. Ani papierów ani ludzi.

Wszystko stoi przed serbskim kordonem. Trzy stanowiska nie działają. Reszta się nie spieszy. Dzieci w innych samochodach płaczą, porządku dojazdu pilnują kubły na śmieci więc co chwila trzeba się wcinać w sznur samochodów bo coś takiego jak pasy nie istnieje. Raz pasów jest pięć a raz jest siedem.

3 godziny w plecy, ale przekraczamy granicę.

I ponad 120 km do najbliższej stacji przy autostradzie. Oczywiście Gazprom.

Kolejka na sześć samochodów myślisz, e, raz dwa pójdzie.

Nie. Nie pójdzie.

Po pierwsze jakiś kretyn wybudował budynek stacji tak blisko dystrybutorów, że większe samochody muszą nawracać na trzy żeby wyjechać ze stacji.

Po drugie na stacji stoi dwóch cieciow, którzy pilnują żeby nikt nie zwolnił miejsca przy dystrybutorze, póki nie zapłaci. Nie to żeby pomogli. Nie. Stoją ważni cały czas i pokazują kto może jechać a kto nie.

Kolejka sześciu samochodów tankuje 45 minut.

Gazprom. Forpoczta tego co najlepsze. Witryna.

Ruszamy dalej. Zatankowani po korek ruską benzyną. Pędzimy. No bo mamy już 4 godziny w plecy.

Teraz nawigacja musi działać offline bo online w 90 sekund zżera cały limit roamingu.

Co chwila się wiesza. Trzeba na sekundę, dwie włączyć transfer i wyłączyć. Kolejne limity lecą w komin.

Wreszcie o dziesiątej wieczorem mamy 45 kilometrów do noclegu po rumuńskiej stronie. Dojeżdżamy do przejścia granicznego. A ono jest zamknięte. Czynne było do 19:00. Otworzą znowu o siódmej rano. Tymek pyta czy będziemy spali w samochodzie.

Na ogrodzeniu jest kartka z ksero z ręcznie wypisana informacją gdzie są najbliższe przejścia czynne 24/7.

Znowu transfer na 30 sekund, i na szybko ustalamy namiary. Jak załoga U-Boota przez peryskop. Persykop w górę, namiar, dane do strzału i dalej. W drogę.

Kiedy przekraczaliśmy granicę z Rumunią Małgosia poprosiła żebym zjechał na bok na chwilę.

– Czy chcesz pocałować ziemię rumuńską? – zapytałem.

– Tak – powiedziała, a w jej głosie wyczułem ulgę jaką ma człowiek, który czuje, że dotarł do domu.

Jak zawsze dorzucam też link do kawy dla mnie myself, która pomaga przetrwać noc i dotrwać do świtu. Gdyby ktoś chciał postawić mi kawę w zamian za wykonaną robotę – link tutaj.

Trzymajcie się!

Trwa nadal zbiórka na batalion medyczny Госпітальєри Госпитальеры Hospitallers. To czysty konkret. 80% rannych przeżywa dzięki dobrej organizacji ewakuacji i opieki medycznej pola walki w armii ukraińskiej. Takich wyników tamta strona nie ma i nie będzie miała. A naszym trzeba pomagać. Link TUTAJ.

Autor: Radosław Wiśniewski  Polski dziennikarz, poeta, ur.1974 – pisze wiersze, publicystykę, prozę, krytykę. Autor kilku książek z wierszami, jednej eseistycznej, jednej prozatorskiej i jednej popularno-historycznej. Tłumaczony na niemiecki, angielski, hiszpański, ukraiński, fiński oraz węgierski. Jest współzałożycielem Stowarzyszenia Żywych Poetów z Brzegu, byłym redaktorem naczelnym ex-kwartalnika „Red.”, wieloletnim współpracownikiem „Odry”.

Więcej na Facebook’u: https://www.facebook.com/autorautor