Jadwiga Emilewicz opublikowała dziś raport z badań o polskich kobietach. Przede wszystkim słowa uznania za tę inicjatywę, aż dziw, że takich badań na taką skalę nikt nie przeprowadził (albo ja ich nie znam). W badaniu wykorzystano dwie metody – ankietę CATI (N=1000) i 12 fokusów. Od razu powiem, że niespecjalnie wierzę w CATI, bo … ludzie w ankietach kłamią:), dlatego ciekawsze są wnioski z fokusów. Fajnie, że w badaniu fokusowym wybrano grupę 20-32 (jeszcze nie matki), 33-45 (młode matki), 46-60 (matki z odchowanymi dziećmi; wszystko to moje upraszczające określenia).
Raport ma 300 stron, więc nawet jeśli jest tam trochę grafik, to lektury jest od groma. Nie powiem, że przeczytałem go super dokładnie, bo na to potrzebne jest kilka godzin. No ale przejrzałem na tyle dokładnie, żeby sobie wyrobić wstępne zdanie. Przeczytałem dokładnie zwłaszcza część poświęconą fokusom, bo w ankietach ludzie kłamią.
[uwaga – mansplaining!] No więc najważniejsze przesłanie jest takie, że polskie kobiety są … różne i nie da się ich wsadzić do jednego worka. Ale jednocześnie w samym raporcie widać sporo prób, żeby jednak znaleźć wspólne mianowniki, i ja to rozumiem – gdyby robił takie badania, też bym próbował szukać wiodących opowieści:)
Mi się nasuwa jedna absolutnie nieuprawniona metodycznie opowieść o polskich kobietach. One są już zasadniczo wyemancypowane, niezależnie od wieku, tylko ta emancypacja objawia się w różny sposób. Starsze uczestniczki badań (33-45 i 46-60) wskazywały, że nie są zachwycone równouprawnieniem, bo to oznacza dla nich dużo więcej roboty, ale w swoim myśleniu „wykastrowały chłopów” (cytat z fokusa). W sensie mężczyzna zasadniczo nie jest im specjalnie potrzebny, bo i tak muszą same zarobić, ogarnąć dom i wychować dzieci.
Ta opowieść pięknie koresponduje z częścią ilościową – Polki deklarują przywiązanie do tradycyjnych wartości („rodzina jest najważniejsza” i takie tam), ale jednocześnie na takim samym poziomie jak Szwedki akceptują rezygnację przez inne kobiety z macierzyństwa albo mieszkanie z partnerem bez ślubu. Moim zdaniem oznacza to tyle, że kobiety w Polsce przeszły już wewnętrzną emancypację myślenia – mówiąc o innych kobietach de facto mówią o sobie, a mówiąc o sobie – kłamią:) (albo bardziej eufemistycznie – mówią i deklarują to, co czują, że powinny deklarować).
Z tego wyciągam trzy wnioski. Pierwszy jest taki, że nawet jeśli obecne matki dorastających kobiet (także te z prowincji) jawią się w deklaracjach jako przedstawicielki „konserwatywnego” podejścia do życia, to nie będą do tego zachęcać/wychowywać swoich córek, które z kolei za sprawą zmian społecznej narracji (vide OSK) mogą mieć par excellence wyrąbane na społeczną stosowność deklaracji. Na ciekawą rzecz nota bene zwrócił uwagę prof. Artur Wołek – w tych Limanowych czy Kraśnikach młode dziewczyny wyszły na ulicę i zmieniły narrację dominująca na prowincji dlatego, że tam były, bo gdyby nie pandemia byłyby pewnie na studiach w Krakowie, Lublinie albo Warszawie (i tam wyszłyby na protesty). W jakimś sensie to zatem pandemia i zatrzymanie studentek na prowincji „odważyło” ich wyemancypowane wewnętrznie matki do wsparcia protestów.
Po drugie, młode kobiety są wychowane w poczuciu, że mężczyzna nie jest im specjalnie do niczego potrzebny, i jeśli na kogoś mają liczyć, to głównie na siebie. To potężny wniosek także dla mężczyzn, którzy w tej opowieści są bezpośrednio nieobecni. Jest resentyment, że to „oni” zgarniają posady/kasę, i tylko przeszkadzają. Tak Panowie – w tej opowieści współczesnych Polek nie ma dla nas miejsca. Wyostrzam, bo oczywiście w badaniu respondentki mówiły o pragnieniu partnerskich relacji, ale to trochę takie marzenia o białym misiu, fajnie powiedzieć, ale podskórnie kobieta czuje (i matka/babka ją tego nauczyły), że z tego faceta to wielkiego pożytku mieć nie będzie.
I tak dochodzimy do trzeciego wniosku, najsmutniejszego z perspektywy polityki publicznej. W momencie nie tylko wewnętrznej, ale i narracyjnej emancypacji mlodych kobiet, i ich głębokim przekonaniu o ciężarze macierzyństwa przy przekonaniu, że facet Ci nie pomoże, nie ma mowy o żadnej dzietności. Zapomnijmy o jakimkolwiek rozsądnym przyroście naturalnym. Możemy wrzucić w ten system zyliony monet, możemy rozsiać żłobki po każdej wsi, ale ten podstawowej kulturowej bariery nie przeskoczymy. Sorry. Polki nie będą rodzić dzieci i tyle.
Dobra, i teraz to już będzie totalny mansplaining. Dopóki nie „odzyskamy” mężczyzn dla kobiet, zapomnijmy o jakiejkolwiek sensownej polityce rodzinnej. Amen.
Aha, link do strony z raportem TUTAJ.
Autor: dr Marcin Kędzierski
Główny ekspert Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Stały autor portalu opinii Klubu Jagiellońskiego oraz stały współpracownik czasopisma idei „Pressje”. Adiunkt w Katedrze Studiów Europejskich Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie. Były prezes Klubu Jagielońskiego oraz dyrektor Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego. Prywatnie mąż i ojciec czwórki dzieci, radny sołecki i działacz wiejski.
Zostaw komentarz