Rok temu, w swoje urodziny, oglądałem zaprzysiężenie Donalda Trumpa.
20 stycznia- Ameryka zamyka jeden rozdział i otwiera następny. Państwo mówi: zaczynamy od nowa, powracamy do normalności.
I pamiętam to uczucie. Nie ekscytację. Zazdrość. Czystą, zimną zazdrość wobec Amerykanów.
Bo Trump zrobił wtedy coś, co w Europie – a zwłaszcza w Polsce – wydaje się już niemal herezją: dobrał sobie współpracowników według kompetencji.
Nie według klucza partyjnego.
Nie według układów.
Nie według tego, kto komu trzymał parasol nad głową.
Tylko według jednego kryterium: czy ten człowiek coś w życiu realnie zbudował.
Geniusze technologii jak Elon Musk.
Ludzie, którzy rozumieją pieniądz, rynki, siłę kapitału i interes narodowy, jak Rubio i inni twardzi gracze.
Biznesmeni z osobistymi sukcesami, którzy nie uczą się państwa na obywatelach, tylko wiedzą, jak ono działa.
Krótko mówiąc: fachowcy światowej klasy.
A potem spojrzałem na Polskę i rząd Tuska.
I tu nie było już zazdrości. Było coś gorszego – wstyd.
Bo u nas w rządzie nie zasiadają ludzie, którzy coś osiągnęli własną pracą czy talentem.
Zasiadają ci, którzy nigdy niczego nie zbudowali, ale zawsze wiedzą, jak dzielić cudze pieniądze.
Miernoty.
Nieudacznicy.
Partacze.
Ideologiczni aktywiści przebrani za ministrów.
Lewicowe oszołomy, dla których gospodarka to prezentacja w PowerPoincie, a rolnictwo- to problem wizerunkowy.
I nagle zrozumiałem, jak niedaleko odeszliśmy od stołu z ceratą.Od PRL-owskiego myślenia: czyjeś, wspólne, niczyje.
Od mentalności prowizorki, bylejakości i wiecznego „jakoś to będzie”.
20 stycznia. Rok później. Strasburg.
Dziś znów jest 20 stycznia.
I znów historia układa się w symbol.
W Strasburgu protestują rolnicy z całej Europy.
Nie jacyś „radykałowie”.
Nie „populiści”.
Tylko ludzie, którzy produkują żywność.
Protestują przeciwko Mercosur -umowie, która w imię ideologii „wolnego handlu” oddaje europejskie rolnictwo na rzeź.
Mięso z Ameryki Południowej, bez norm, bez kontroli, bez odpowiedzialności.
Produkty wytwarzane tanio, by zabić lokalnych producentów- drożej, ale uczciwiej pracujących.
I gdzie jest polski rząd?
Po której stronie stoi?
Jak zwykle -nie po stronie własnych obywateli.
Po stronie Brukseli.
Po stronie ideologii.
Po stronie papierów, pieczątek i konferencji prasowych.
Rolnik ma zniknąć.
Wieś ma się zamknąć.
A Polska ma „dostosować się do wyzwań”.
I wtedy wracam myślą do tamtego 20 stycznia sprzed roku.
Do Ameryki, która – niezależnie od ocen Trumpa – postawiła na skuteczność.
Na ludzi, którzy wiedzą, co to odpowiedzialność, ryzyko i wynik.
A my?
My dalej mamy rząd, który nie rozumie państwa,
nie rozumie gospodarki,
nie rozumie rolnictwa,
nie rozumie, że suwerenność zaczyna się od chleba, energii i bezpieczeństwa.
I dlatego 20 stycznia w Polsce nie jest datą nowego otwarcia.
Jest datą ostrzeżenia.
Bo jeśli dalej będziemy wybierać miernoty zamiast fachowców,
ideologów zamiast ludzi czynu,
Brukselę zamiast własnych obywateli –
to przy tym stole z ceratą nie tylko zostaniemy.
My do niego wrócimy.
A cerata znów będzie jedynym, co mamy własnego.