Czasami myślę, że już lepiej było, jak na Kremlu siedzieli „prawdziwi” komuniści. Putin to ich epigon – mierny naśladowca, chory kontynuator idei, które może w społeczeństwie rosyjskim nie są martwe, ale Rosja nie ma realnej siły, żeby je wdrożyć. Ma jednak bomby atomowe.
Komuniści byli ateistami i to dawało „jakąś” gwarancję, że nie uruchomią jądrowej apokalipsy.
Tymczasem Putin zaprzągł do państwowej służby religię (oddelegowując tam oficerów KGB), co ułatwia mu budowanie fałszywej, wielkoruskiej mitologii. A ta, z samej swojej istoty jest nieracjonalna i zawiera pierwiastki przekształcające ludzi w fanatyków.
Społeczeństwo, którym Putin rządzi, wcale nie traktuje z przymrużeniem oka treści płynących z Kremla. A ta jego część, która deklaruje się jako wierząca, jest w mojej ocenie jeszcze bardziej niebezpieczna, gdyż to właśnie w jej łonie gnieżdżą się fanatycy. To jedno ze źródeł, z których Putin czerpie rekrutów do wojska walczącego na Ukrainie.
Nam w Polsce „sprzedaje” się obraz ruskiego wojska jako zbieraniny pijaków i degeneratów. To nie jest tak do końca. Na Ukrainie wojują też tacy, którzy święcie wierzą w SPRAWĘ. I gotowi są za nią oddać życie. Wystarczy trochę pomieszkać w Rosji, żeby zorientować się jak bardzo w wśród Rosjan rozpowszechniony jest mit poświęcenia dla ojczyzny, a w propagandę wojenną wierzą nie tylko prostaczkowie, ale także profesorowie uniwersyteccy, inżynierowie, prawnicy, lekarze, wyższy management. I nie zawsze jest to cyniczna maska, przyjęta przez obojętnych na nieszczęścia Ukraińców i własnego narodu karierowiczów, pragnących dożyć spokojnie do następnego piątku, żeby móc się schować na swojej podmiejskiej daczy.
Nie tylko w telewizji, najeżonej propagandowymi treściami, ale także na moskiewskiej ulicy łatwo spotkać ludzi, którzy będą opowiadać sobie o „bestialstwach” zabijających dzieci Ukraińców w Donbasie. To właśnie w imieniu ich „zaszczity” (ochrony) Putin musiał wkroczyć na Ukrainę. W imię ochrony Rosjan, którzy „chcieli mówić po rosyjsku i wyznawać wiarę przodków”. Wszyscy oni to znawcy geopolityki – każdy gotowy wytłumaczyć w jaki sposób Ameryka zrobiła Majdan i zmusiła Putina do „wzięcia w obronę” Rosjan, którzy nie godzili się na zachodnie nowinki w rodzaju ślubów gejów. A Rosjanie wiedzą przecież, że to jest główny cel Zachodu – zniszczyć moralność rosyjskiego narodu. Po to właśnie są te fundacje tych całych Sorosów. A zresztą – Żydzi chcą mieć na Ukrainie drugi Izrael, bo już nie wytrzymują w tej Jerozolimie z tymi Arabami.
Jeżeli myślicie Państwo, że tego typu poglądy wygłaszają jedynie prostaczkowie, to się mylicie. Wystarczy, że poczytacie to, co wypisuje Miedwiediew, albo poszukacie na kanale YouTube programów Skabajewej, czy Sołowiowa. Oni nie wzięli się znikąd!
Kiedy mieszkałem w Moskwie, chodziłem z córką do klubu gimnastycznego CSKA. Co do zasady nie przyjmowano tam „inostrancow” (obcokrajowców), ale dla Liwiii zrobiono wyjątek. I tak moje dziecko dostało się w tryby rosyjskiej machiny szkolenia gimnastyczek, a jej ojciec … do kawiarni, w której na swoje pociechy – aż skończą zajęcia – czekały żony oficerów. Tematy, na które te panie rozmawiały zadziwiłyby niemal wszystkich w Polsce. Spora część z tych kobiet miało wyższe wykształcenie techniczne. Dlatego rozmowa o najnowszym wtedy hicie rosyjskiej techniki militarnej, tj. rakiecie lecącej w osłonie argonowej (chroniącej pocisk przed strąceniem, gdyż wroga rakieta spalałaby się w tej osłonie) – po paru miesiącach przebywania w ich towarzystwie – wcale mnie nie zaskoczyła. Przyznacie jednak Państwo, że bardzo zdziwilibyście się treścią takiej rozmowy prowadzonej wśród żon polskich oficerów. Ma się wrażenie, że tamte kobiety, to jakby część wielkiej wojennej maszyny.
Kobiety te często wchodziły ze mną w dyskusje na temat obecnej sytuacji politycznej i militarnej na świecie. Dużo wypytywały m.in. o Polskę, jak się tu żyje i takie tam. Czasami, co ze względu na moje hobbystyczne zboczenie lubiłem, wchodziliśmy na rozmowy o historii. Przyznam się, że uwielbiałem z nimi o tym rozmawiać. W Polsce takie rozmowy z reguły toczy się w męskim towarzystwie, więc dla mnie była to ciekawa odmiana.
Kiedyś rozmawialiśmy o dniu 4 listopada. Jest to w Rosji Dzień Jedności Narodowej, tzw. dzień „izgnania paliakow iz Kriemlia” (tłum: wygnania Polaków z Kremla). Święto to upamiętnia wypędzenie polskiej załogi z Moskwy, w 1612 roku, przez stojących na czele pospolitego ruszenia kupca Kuźmę Minina i księcia Dymitra Pożarskiego. W Rosji uważa się to wydarzenie za zakończenie tzw. „Smuty”, czyli zamętu, w jakim na przełomie XVI i XVII stulecia pogrążyło się państwo carów. Święto to wprowadził Władimir Putin w 2004 roku jako część mitologii „nowej Rosji” i zastąpiło ono obchodzone w ZSRR święto 7 listopada, które upamiętniało rocznicę zamachu bolszewików z 1917 roku.
Przy tej to właśnie okazji wywiązała się między mną, a jednym z uczestników naszych kawiarnianych debat, mężczyzną, byłym oficerem rosyjskiej armii, dyskusja na temat wzajemnych stosunków naszych narodów. Oczywiście, jak to w takich wypadkach, nasłuchałem się, jak to my, Polacy, teraz jesteśmy sługami Zachodu, jak cały czas chcieliśmy nimi być, jak nie pasujemy do „słowiańskiej rodziny”, że już lepsi są Czesi, że my to mamy tylko gen buntu i takie tam okazjonalne teksty, które po jakimś czasie mieszkania w Moskwie, zaczynają człowiekowi obojętnieć (bo ileż można słuchać pochwał własnego narodu! Przecież to, co mówił ten Rosjanin, napawało mnie dumą!!!). Jednak pamiętam z tamtej rozmowy zdanie, które jest godne wariata, a nie normalnego człowieka. Ale nie wariat je wygłosił. Ten człowiek w armii był pułkownikiem. Brzmiało ono mniej więcej tak:
„Rosja jest jak szczur, którego możesz zagnać w kąt i próbować zabić kijem. Ale on uniknie ciosu, nawet jeśli przy okazji trochę się poobija a następnie skoczy ci do gardła i je przegryzie. Nie wojujcie z Rosjanami! (nie wajujtie z russkimi; taki jest też zresztą tekst piosenki, którą często można usłyszeć na niektórych falach radiowych). Siedzące koło nas panie kiwały znacząco głowami. A ja miałem wrażenie lotu nad kukułczym gniazdem.
Wtedy otworzyły się drzwi i z sali gimnastycznej wyszły nasze córki, więc grzecznie się pożegnałem. Była to jedna z moich ostatnich rozmów z tymi ludźmi, niedługo potem wyjechałem z Rosji.
Rozmowa ta przypomniała mi się teraz, kiedy przeczytałem słowa Cyryla, o których napisał Tomasz Terlikowski. Cyryl mógł te słowa swobodnie wygłosić – dużego oburzenia w Rosji nie będzie. O atomowej wojnie mówią już i Miedwiediew i Sołowiow w swoim programie. Rosjanie oswojeni są z myślą, że w razie wojny atomowej część ich, jak szczury w kanałach, na pewno przetrwa w tym ich wielkim państwie i będzie lepiej przystosowana do trudów życia niż rozmiękłe społeczeństwa Zachodu. Oni naprawdę w to wierzą!
Obraz Fabien Huck z Pixabay
Zostaw komentarz