Parę luźnych przemyśleń na temat daleki od tego co zazwyczaj omawiamy na tej stronie.
To jest dość pokazowa i zabawna sytuacja. Netflix tworzy kolejny produkt, który ma na nowy sposób spojrzeć na znany nam od dawna temat, historię późnego okresu Starożytnego Egiptu. No i wynik jest taki, że to podejście zostaje oprotestowane przez przedstawicieli współczesnego Egiptu, czyli kraju afrykańskiego.
Na czym tak naprawdę polega problem z tego typu produkcjami jak ta nowa Kleopatra? Na tym, że Kleopatra jest czarna? Na tym, że chcą szokować nowym podejściem i wprowadzić różnorodność do naszego „rasistowskiego zachodniego świata”? Nie. Prawdziwy problem tego typu produkcji (obecnie jest ich coraz więcej ) polega na tym, że producent zajmuje się najzwyczajniejszą hipokryzją. Bo w rzeczywistości zupełnie nie jest zainteresowany historią innych narodów i cywilizacji. Nie interesuje go też żadna inna perspektywa. Niestety prawda jest bardzo prosta. Chodzi najzwyczajniej o podporządkowanie się pewnym tendencjom które rządzą na największych dla Netfliksa czy Hollywood rynkach zbytu swojej produkcji. Netflix zupełnie nie interesuje się zdaniem przedstawicieli Afryki na temat tego co produkują o Afryce. Ich interesują tylko stereotypy istniejące w zachodnich społeczeństwach o Afryce. Inaczej mówiąc, oni tworzą produkt, który ma być z ich punktu widzenia dobrze odebrany w multikulturowych współczesnych USA czy Europie. Nie tylko przez widza ogółem ale też krytyków, i najbardziej aktywnych części społeczeństwa, czyli różnego rodzaju aktywistów którzy mogą zrobić im problem jeżeli produkcja im się nie spodoba. Oni lawirują, tak by zostać na rynku w zmieniającym się świecie … zachodnim. Nie świecie, tylko tej części świata, z której mają największy zysk. I dlatego ogłaszają, że nowa produkcja o Kleopatrze jest serialem dokumentalnym. W nim ogłaszają zdanie pewnych ludzi, że słynna królowa mogła mieć czarną skórę. Ale przy tym jakoś tak się składa, że ich Kleopatra wcale czarna tak naprawdę nie jest. Nie wygląda jako typowa Nubijka tamtych czasów. Co było by logicznie, jeżeli już robią takie przypuszczenia. Ani nie wygląda nawet jako jakaś napołnubijką. Nie, wygląda zupełnie zwyczajnie jako jakaś Pani z typowej współczesnej mieszanej rodziny gdzieś w USA. Nie interesuje również ich zdanie, co w zasadzie sądzą o tej produkcji we współczesnym Egipcie. Czy w Grecji. Zdaje sobie sprawę z tego, że współcześnie te narody nie mają wiele wspólnego ze starożytnymi Grekami czy Egipcjanami, ale z pewnością mają o wiele więcej motywacji w badaniu historycznego dziedzictwa, które uważają za swoje, więc było by logicznie ich o to zapytać. Albo się przynajmniej upewnić, że nie będą przeciwni i oburzeni. Ale Netflix to nie interesowało, bo to nie ich docelowy widz. To amerykańska stereotypowa powieść „o Afryce”. To jak sami to sobie wyobrażają czarnoskórzy Amerykanie, tak samo nie bardzo się interesujący światem jak i nie czarnoskórzy.
I co jest jeszcze bardziej zabawne, przecież wiemy, że Starożytny Egipt miał dynastię czarnych faraonów. Prawdziwi afrykańscy czarni faraoni skutecznie rządzącym tym imperium. Ale to zupełnie nikogo nie interesuje i nikt o tym nie tworzy serialu. Nie robi z tego podstawę dla pokazania „innej perspektywy”. Powiem nawet więcej. Historia Afryki jest bardzo ciekawa i na ogół na zachodzie nie znana. Jest pełna bardzo ciekawych postaci i cywilizacji. I cały ten ogromny autentyczny świat jest równie tak samo nie ciekawy zupełnie dla producentów filmowych „walczących z rasizmem” na zachodzie. Zamiast tego tworzą bardzo uproszczone i zniekształcone produkcje, które mają niewiele wspólnego nie tylko z historią ale i promowaniem rasowej różnorodności. W zasadzie najbardziej mi to przypomina czarnoskórych twórców państwa Liberia, którzy w 19 wieku przybyli z USA do Afryki i tworząc to państwo zupełnie nic nie wiedzieli o tym kontynencie. Przywieźli ze sobą z USA wszystkie najgorsze wzorce i praktyki, które znali z tego kraju. Jednym słowem nie kolor skóry miał wtedy znaczenie, a mentalność tych ludzi.
Dokładnie ten sam problem dotyczy wielu innych znanych zachodnich produkcji. Łącznie z mocno przereklamowaną Czarną Panterą. Na zachodzie po prostu nie ma granic zachwycenia się krytyków tym filmem. A aktywiści są zadowoleni, że w końcu mamy afrofuturyzm na ekranie. Jednym słowem na zachodzie – zachwycenie. Ale gdybym był osobą myślącą gdzieś z Afryki, z tych miejsc gdzie w teorii mogłaby leżeć mityczna Wakanda, byłbym mocno zbulwersowany. Bo Amerykanie pełni swojej pychy pokazali mocno rozwinięte niby państwo przyszłości, które niezależnie rozwinęło się na kontynencie afrykańskim, które jednocześnie pod względem swojej struktury społecznej i systemu państwowego nie różni się zupełnie niczym od luźnych federacji plemion istniejących w Afryce i tysiąc i dwa tysiące lat temu. Państwo, w którym rządzi król i rada plemion, a bohaterowie w futurystycznych bojowych kostiumach walczą w bitwie o to, kto będzie następnym wodzem „najpotężniejszego” państwa świata. Inaczej mówiąc, jeżeli jesteśmy widzem z USA, nie interesuje nas Afryka i generalnie nie bardzo mamy głowę do myślenia o takich skomplikowanych rzeczach, to jest to produkcja super. Zgodna z postępowymi tendencjami w kinie i naszym zachodnim społeczeństwie. A że przy okazji to kino jawnie sugeruje, że Afrykanie są tak beznadziejnie zacofani, że nawet z wysokimi technologiami, nadal będą zacofanym mało rozwiniętym zbiorowiskiem plemion, no kogo to obchodzi. Przecież to nie afrykański widz jest głównym źródłem naszych dochodów.
To samo dotyczy i innych filmów i seriali promujących nam różnorodność. One często wywołują burzliwą reakcję publiczności. Ale czy dlatego, że cała ta publiczność jest rasistowska, ksenofobiczna i homofobiczna? Pewnie jakaś część rzeczywiście krytykuje te produkcje filmowe z tego powodu. Ale na ogół większość tych filmów najzwyczajniej ma bardzo niską jakość. Słabo ułożone historię pełne absurdów i niezgodności, słabe postacie, słabo dobrani aktorzy słabo grające swoje postaci. I żeby było jasne, kino nie stało się jakoś znacząco gorsze w naszą epokę. Większość tego co produkowało się 20 czy 30 lat temu, było tak samo beznadziejnie złe. Z tym, że ty mogłeś wtedy spokojnie powiedzieć, że jest złe. Natomiast dziś filmy tworzone według utartego schematu, których jedyną zaletą ma być to że promują róznorodność dostają indulgencję od krytyki. Bo każdy kto cokolwiek w nich krytykuje zostaje przez twórców okrzyknięty rasistą czy ksenofobem. To zaburza system oceny produkcji filmowej. Robi bezsensownym istnienie zawodowej krytyki filmowej, jak również i międzynarodowe nagrody typu ceremonii wręczenia Oscarów czy festiwalu w Cannes. Takie podejście po prostu rozwija u widza zły smak, bo wmawia mu, że złej jakości kino jest dobre z tego tylko powodu, że w obsadzie masz przedstawicieli wszystkich ras i mniejszości. A poza tym to zwyczajnie mija się z celem, który jest deklarowany. Bo nie promuje żadnej różnorodności, tylko zwiększa polaryzacje i szerzy konflikty.
Odwróćmy sytuację. A co by się stało gdyby tak autor stawiał na celu przede wszystkich stworzenie ciekawej historii i wysokiej jakości produkcji? Mamy takie przykłady. Film Green Book (2018) opowiadający o podróży amerykańskiego czarnoskórego pianisty Dony Szirleya i jego kierowcy i ochroniarza Tony’ego Vallelongi po południowych stanach USA w epokę rozkwitu polityki segregacji rasowej w tym kraju. Wydawałoby się – maksymalnie „postępowa” historia pasująca idealnie do współczesnych tendencji kinowych. Jednak stworzona po prostu jako przede wszystkim wysokiej jakości sztuka kinowa. Dobry scenariusz, dobrze dobrani aktorzy, którzy dobrze się oswoili ze swoimi bohaterami i w genialny sposób zagrali tą skomplikowaną relację Włocha i czarnoskórego pianistę. Dony walczy w filmie o swoje prawa w sposób pełen godności co nie tylko wzbudza empatię widza i utożsamia go z głównym bohaterem, zmienia też poglądy drugiego głównego bohatera – Toniego. Film w świetny sposób pokazuje, jak zwykłe relacje międzyludzkie rujnują uprzedzenia rasowe czy etniczne. I to jest dobry film. Nie tylko w mojej ocenie. Jeżeli wejdę teraz na jedną z rosyjskich platform, gdzie miejscowi oceniają zachodniej produkcji filmy u siebie na swoich rosyjskojęzycznych stronach, Green Book niezmiennie okaże się tam w TOP najbardziej oglądanych i cenionych filmów ostatnich lat. W społeczeństwie naprawdę pełnym homofobii i ksenofobii. Inaczej mówiąc, ten film przy okazji bycia dobrym kinem, jeszcze również świetnie spełnia rolę promowania tolerancji i różnorodności nawet w tych najbardziej agresywnyсh i przeciwnyсh temu środowisku. W odróżnieniu od „czarnej Kleopatry”, która w Rosji zostanie wyśmiana.
Więc może jednak, główna przyczyna nie polega na tym, że każdy widz jest zły i pełen hejtu i że trzeba go na siłę kształcić … tylko producent filmowy najczęściej jest leniwy, pełny ignorancji i chęci łatwego zarobku?
p.s. Ktoś mi w komentarzach przypomniał kolejny ciekawy wątek o którym zapomniałem. To jest temat czarnych postacie w umownym kinie historycznym przedstawiającym na przykład wiktoriańską Anglię XIX wieku czy jakiś dwór europejski XVIII wieku. To jest jeden z najlepszych przykładów tego, jak współczesne filmy i seriale są tworzone wedlug pewnego standardowego schematu „róznorodności” zupełnie przy tym nie myśląc o tym czy to ma jakikolwiek sens. Nie ma nic bardziej szkodzącego walce o równość rasową niżeli wmawianie młodemu pokoleniu, że w Anglii końca XIX wieku czarnoskóry lord czy hindus – policjant, to jest zupełnie normalne. Jak pózniej wytłumaczyć dziecku, które ogląda te seriale, że ci sami lordowie prowadzili w tym samym czasie okrutną i otwarcie rasistowską politykę kolonialną w Afryce i Azji … to jest dla mnie tajemnica.
______________________________________________________________
Dla tych z was, kto byłby chętny wesprzeć moją niezależną publicystykę , linki:
Patronite.pl: https://patronite.pl/Frontiersman
buycoffee: https://buycoffee.to/frontiersman
Zostaw komentarz