Nie będę pałał „świętym oburzeniem” na transparent kiboli z Maccabi Tel Awiw, zrobili już to politycy, ale zacytuję Szewacha Weissa, ocalałego z Holokaustu dzięki Polakom, byłego m.in. ambasadora Izraela w Polsce – „Pamiętam, że zostałem zaproszony na mecz Legii w Warszawie i tylko jakaś garstka kibiców krzyknęła do mnie – arbeit macht frei- , ale takie rzeczy są naprawdę marginalne”.

Żyjemy w czasach wojennych.
Atmosfera jest napięta. Sporo w niej emocji i każde słowo czy drobny incydent, mogą stać się casus belli.
Dosłownie i w przenośni.

Dlatego trzeba takie incydenty jak banderowski transparent na koncercie rapera z Białorusi czy kiboli z Maccabi Tel Aawiw, że jesteśmy mordercami Żydów, trzeba widzieć we właściwych proporcjach i nie uogólniać.
Nie dolewać oliwy do ognia bo mamy i tak sporo problemów za wschodnią granicą.

Rozumiał to, zmarły dwa lata temu, Szewach Weiss, z którym miałem zaszczyt wielokrotnie rozmawiać.

Ocalony, jako dziecko, z Holokaustu, przez Polkę i Ukrainkę.
Były m.in. przewodniczący izraelskiego parlamentu, były ambasador tego państwa w Polsce i patron pojednania polsko-żydowskiego.
Zawsze, publicznie podkreślał, ogromne zasługi Polaków ratujących Żydów w czasie okupacji, za co groziła śmierć. „Natychmiast i bez sądu”.

Dostrzegał resztki przedwojennego antysemityzmu we współczesnej Polsce, ale też antypolonizmu, w swoim kraju.
Jednak zawsze zachowywał dystans i prosił by takie incydenty wiedzieć we właściwych proporcjach.
Nazywał je „sprawami marginalnymi”.

I sądzę, że takiej postawy potrzeba nam zwłaszcza dzisiaj. Budujmy mosty, a nie, mury.