Kolejny epizod z udziałem sędziego Sądu Najwyższego obnaża to, co w polskim życiu publicznym stało się normą: całkowitą asymetrię między zakresem władzy a realną odpowiedzialnością za podejmowane decyzje.
Konstytucyjna prerogatywa prezydencka do powoływania sędziów ma charakter nieodwracalny i pozbawiony prawnej weryfikacji. Odpowiedzialność głowy państwa za nominacje pozostaje czysto iluzoryczna – w głęboko spolaryzowanym społeczeństwie partyjna lojalność zawsze wygra z rozliczeniem błędów. Z kolei sądownictwo dyscyplinarne, sparaliżowane latami systemowego chaosu i wzajemnego negowania swojego statusu przez poszczególne składy, utraciło zdolność eliminowania ze swego grona osób naruszających elementarne standardy etyczne.
Najbardziej dewastujący dla państwa jest jednak płynący z tego precedensu wniosek: gra wbrew regułom stała się opłacalna.
Gdy lojalność polityczna zastępuje dorobek i nieskazitelność charakteru, uruchamia się mechanizm negatywnej selekcji kadr. Ci, którzy wybierają drogę na skróty, zyskują dożywotnie gwarancje statusu i immunitet, podczas gdy instytucje kontrolne okazują się całkowicie bezradne. W ten sposób autorytet prawa – będący fundamentem umowy społecznej – ulega bezpowrotnej erozji.
Najgroźniejszym skutkiem tego wieloletniego kryzysu nie jest jednak sama nieudolność procedur, lecz postępująca znieczulica społeczna. Permanentny stan alarmowy, napędzany cotygodniowymi „aferami stulecia”, doprowadził do wyczerpania emocjonalnego obywateli. W obliczu braku jakiegokolwiek wpływu na standardy rządzących naturalnym odruchem stała się ucieczka w prywatność i rezygnacja z troski o dobro wspólne, którą zaczęto utożsamiać z naiwnością.
Odżywają w ten sposób najgorsze historyczne resentymenty. Państwo znów zaczyna być postrzegane nie jako wspólnota, lecz jako wrogi, zewnętrzny aparat do omijania – lub polityczny łup do podziału dla aktualnych zwycięzców. Polacy potrafią znakomicie organizować się oddolnie, budować gospodarkę i wspierać w kryzysach na poziomie mikro, lecz poziom makro – państwo jako sprawna i sprawiedliwa instytucja – został cicho spisany na straty.
Prawdziwy dramat nie polega dziś na tym, że sędzia czy polityk dopuszcza się kompromitującego czynu. Tragedią jest fakt, że tego typu zdarzenia przestały kogokolwiek oburzać. Państwo prawa nie załamuje się w spektakularnym krachu – ono powoli obumiera w cieniu powszechnej obojętności.
Zostaw komentarz