Pani Karolina Krolikowska zwróciła moją uwagę na kolejną ciekawą publikację w magazynie Unherd. Nazwę tego portalu można przetłumaczyć jako „Poza stadem” – jako głos intelektualnej heterodoksji, myślenia poza schematem.

Artykuł (czytaj tu) traktuje o niepokojącym zjawisku przejmowania dyskursu naukowego przez środowiska elit opiniotwórczych, które są w istocie bardziej zainteresowane „społecznym postępem moralnym” niż nauką czy czymkolwiek innym.

Autorka zauważa, nawiązując do powieści Jane Austen, że w ramach pewnego specyficznego, wewnętrznego dyskursu tych elit, podobnie jak w XVIII wiecznej Anglii, w środowiskach tych w drodze konsensusu towarzyskiego wytwarzany jest pogląd „jak powinno być” i przyjęcie takiego poglądu jest warunkiem koniecznym utrzymania wysokiego statusu wśród tych elit. Jednym słowem – przynależność do klasy „gentlemenów i dam” wymaga pełnego konformizmu wobec stanowiska stojącej najwyżej w towarzyskiej hierarchii części elity.

Łatwo zauważyć, że współcześnie, to właśnie najwyżej w hierarchii kultury umocowane elity arystokratyczne, przemysłowe, kulturalne i akademickie są największymi zwolennikami koncepcji radykalnej zmiany społecznej. Elity te, w większości białe, wywodzące się z tzw. „dobrych rodzin”, ludzie, którzy pokończyli najlepsze szkoły – stanowią zarazem grupę najmniej narażoną na negatywne skutki wprowadzania wyznawanych przez siebie idei w życie.

Autorka nader przytomnie zauważa, że strategia, za pomocą której tak wytworzony wśród elit konsensus MORALNY oddziałuje na resztę społeczeństwa zawsze polega na opakowaniu go w pozór obiektywnej koniecznieczności. Autorka jednoznacznie identyfikuje tu fakt, że „obiektywna konieczność” jest „męską” częścią kultury, podczas gdy „konsensus towarzyski” jest zasadniczo domeną kobiet. Przywołuje tu właśnie fragment z „Dumy i uprzedzenia”:

„Panuje pełna zgoda co do tego, że samotny mężczyzna, któremu się powiodło powinien mieć żonę.”

Ta właśnie „pełna zgoda” jest owym towarzyskim konsensusem, który nabiera kształtu obiektywnej prawdy. Nie stoi jednak za nią nic więcej niż społeczne oczekiwanie, które wywiera na mężczyznę presję, aby wszedł w związek małżeński ratując w ten sposób kolejną kobietę przed staropanienstwem. W XVIII-wiecznej Anglii damom z towarzystwa nie wypadało pracować, więc znalezienie „dobrej partii” było na ogół konieczne dla zachowania statusu majątkowego umożliwiającego przynależność do elity. Strategią kobiet było zatem wytworzenie mechanizmu społecznego umożliwiającego w tej sytuacji swatanie.

Autorka uważa, że pomimo oczywistych zmian w społeczeństwie, zasadniczo mechanizmy budowy konsensusu moralnego wśród elit się nie zmieniły. Skonstruowane właśnie w XVIII wieku pojęcie „gentlemana” oznacza dosłownie „człowieka delikatnego”. Człowiek taki ma nienaganne maniery, unika sporów, jest niezależny finansowo, reprezentuje najwyższe standardy honorowe i moralne swojej klasy, panuje nad sobą i nigdy nie ucieka się do przemocy.

Jednak w angielskiej tradycji przemoc, zwłaszcza przemoc instytucjonalna i symboliczna, zawsze znajdowała uzasadnienie, jeśli tylko była obudowana przesłaniem moralnym. Ta tradycja, to konkretnie kalwińska tradycja purytańska. Tradycja ta w pełni uzasadniała narzucanie poglądu elit, jako „pozycji cywilizowanej” całemu światu.

Szczególnie dotknięte tą tradycją są Stany Zjednoczone, gdzie duża grupa angielskich purytan niezadowolonych ze swojej sytuacji w ogarniętej wówczas wstrząsami religijnymi i społecznymi Anglii przybyła 16 września 1620 r. na statku „Myflower” tworząc zrąb elity tego kraju. Za sprawą wbudowanego tak w mentalność amerykańską purytanizmu krajem tym okresowo wstrząsają epizody „paniki moralnej”, czgo przykładami mogą być słynne procesy czarownic w Salem (1692) czy nagła popularność „Partii Nic Niewiedzących” w latach 1844–1860 wyrosłej za sprawą rosnącej imigracji katolików z Irlandii. Współcześnie, doskonałym przykładem typowo amerykańskiej paniki moralnej było np. wprowadzenie prohibicji w latach 1919-1933. Była ona wprowadzona jako tzw. „The Noble Experiment” (Szlachetny eksperyment). Za jej wprowadzaniem agitowała szeroka protestancka społeczność religijna, zwłaszcza metodyści, baptyści, prezbiterianie, wyznawcy Kościołów Chrystusowych, Kongregacjonaliści, kwakrzy oraz luteranie.

W Wielkiej Brytanii cechy puratnizmu nosiły długie rządy Królowej Wiktorii. Dobrym przykładem paniki moralnej tego czasu może być głośny proces Oscara Wilda. Rygorystyczny stosunek społęczeństwa brytyjskiego do homoseksualizmu dotknął jeszcze wiele lat później słynnego matematyka Alana Turinga.

Charakterystyczna dla postawy elit wobec publicznej moralności jest jednak reakcja na zmianę nastrojów społecznych. Elity towarzyskie zawsze wówczas starają się wykazać, że dochowały wszelkich starań, aby uzasadnić swój pogląd. Wskazują, że działały zawsze wg najlepszej dostępnej wiedzy, powołując się na różne autorytety – religijne lub naukowe – od których jakoby swoje przekonania w najlepszej wierze zaczerpnęły. Kiedy tylko wiatr historii zmienia kierunek, to elity te deklarują, że w zasadzie same miały wątpliwości i zalecały pogłebioną dyskusję, ale nikt ich nie słuchał. Nie można się zatem dziwić, że wyrażały stanowisko, wokół ktrego „panowała powszechna zgoda”. Jak tylko wytworzy się nowy konsensus, elity przyjmują go jako nową moralną ortodoksję i utrzymanie wśród nich wysokiego statusu towarzyskiego wymaga bezkrytycznego przyjęcia nowego poglądu.

Przywołany przez panią Królikowską artykuł pokazuje właśnie taki efekt po opublikowaniu raportu Hilary Cass dotyczącego wprowadzonych pospiesznie radykalnych rozwiązań w zakresie „terapii” dysforii płciowej o dzieci. Dokładnie te same osoby, które w ramach krucjaty moralnej domagały się niczym nieograniczonej tranzycji nawet u najmłodszych dzieci i które z furią atakowały oponentów zarzucając im „niemoralne okrucieństwo”, jakim rzekomo było namawienie do ostrożności z decyzjami o zmianie płci skutkującymi nieodwracalnymi modyfikacjami ciała – dziś próbują się przedstawiać jako „odwieczni” zwolennicy zdrowego rozsądku i bezwstydnie twierdzą, że zawsze stali na stanowisku, że potrzeba tu więcej badań i „poważnej” dyskusji.

Dzięki takiej strategii są w stanie zawsze utrzymywać władzę symboliczną nad społeczeństwem.

Współcześnie komunikacja społeczna jest w rękach mediów, które są strażnikami (gatekeeperami) stojącymi na straży tego, jakie poglądy stanowią „mainstream” a jakie są „kontrowersyjne”.

W roku 2018 Mitchell Langbert przeprowadził spore badania nad poglądami politycznymi pracowników wydziałów humanistycznych na amerykańskich uniwersytetach. Okazało się, że na wydziałach komunikacji społecznej, wśród 108 respondentów ankiety nie znalazła się ani jedna osoba o poglądach konserwatywnych. Wydziały te są kuźnią amerykańskiego dziennikarstwa. W tym samym roku zespół pod kierunkiem Marka Horowitza opublikował pracę, z której wynikało, że wśród przebadanych 479 pracowników naukowych wydziałów socjologii 43% zadeklarowało, że bardzo istotnym komponentem ich pracy jest aktywne wspieranie poglądów, które uważają za „słuszne moralnie”. Zarazem, wśród przebadanych 40% zajmowało się problematyką stosunków klasowych, 32% problematyką etniczną, a 34% – tzw. gender studies.

Można śmiało powiedzieć, że wydziały humanistyczne na amerykańskiej akademii są obsadzone przez wojujących aktywistów używających autorytetu metody naukowej aby „popychać” sprawy, które wspierają z powodów czysto moralnych.

Takie nastawienie prowadzi wprost do wytworzenia się wspomnianego wcześniej „konsensusu towarzyskiego”. Osoby niepodzialające progresywnych poglądów otrzymują złe recenzje, nie zaprasza się ich na konferencje, utrudnia karierę, gdyż nie otrzymują grantów i nie dopuszcza do mediów – a jeśli już, to tylko tak, aby przedstawić ich opinię jako niepoważnie ekscentryczną, wyłamującą się z naukowego konsensusu. Równocześnie, wzmacniane są najbardziej radykalne koncepcje, jeśli tylko spotykają się z moralną aprobatą akademicko-dziennikarskiej elity.

O samym zaś mechaniźmie „wytwarzania konsensusu” mówi się bardzo niewiele.

Ponieważ czołowe amerykańskie i brytyjskie media i uczelnie mają ogromną siłę oddziaływania na całym świecie, poglądy w nich dominujące szybko znajdują globalny rezonans.

Niestety – skutkiem moralnych krucjat establiszmentu akademicko-dziennikarskiego jest systematyczny upadek autorytetu nauki i mediów, rosnąca polaryzacja społeczna i nabrzemiewająca atmosfera konfliktu. Zarazem, bez znalezienia sposobu na wyrugowanie „aktywizmu” z akademii trudno będzie coś z tym zrobić. Za sprawą tzw. teorii krytycznej aktywizm został bowiem na trwale wpisany w nauki społeczne. Ich misją przestało być poszukiwanie prawdy, ale „zmiana społeczna” zgodna z dominującym tam ultralewicowym paradygmatem moralnym. Budowa „sprawiedliwego, równego i wolnego od uprzedzeń i dyskryminacji” społeczeństwa znalazła się jako cel explicite wpisany w statuty uczelni i przysięgi składane przy odbieraniu dyplomów. Poszukiwanie prawdy zaś – zakwestionowane, gdyż „prawda” okazała się „fałszywym konstruktem białych, heteroseksualnych mężczyzn służącym podtrzymywaniu strukturalnych nierówności”.