Piątkowe popołudnie łagodnie zamieniło się w wieczór. Zapanowala ciemność skrywająca szarość kończącego się dnia. Rozpędząjacy się chłód zniechęcał do spacerów, a myśl o gorącej kawie skróciła ścieżki do domu. Byłam już w pobliżu klatki schodowej, gdy napotkałam sąsiadkę.
Ta starsza pani rzucała się w oczy. Zawsze miała subtelny makijaż. Lekki fluid, trochę pudru, kreski wokół oczu podkreślające ich migdałowy kształt. Całość zamykała delikatna szminka. Włosy układała w misterną koafiurę uzupełniając jej braki doczepionym włosopodobnym tworem. Przy drobnych oznakach chłodu zakładała futrzastą czapkę w śnieżnym kolorze przyozdobioną puchatymi pomponikami. Strój był zawsze elegancki i podkreślający zgrabną sylwetkę. Resztki urody wskazywały, że była ładną kobietą.
O ile wcześniej poruszała się zwinnym krokiem, to z czasem chodziła coraz wolniej. Szurała stopami z trudem odrywając je od podłoża. Wychodziła w towarzystwie mężczyzny o grubych rysach namiętnego palacza papierosów. Za każdym razem kopcił na wzór starej lokomotywy sprawiając wrażenie zmęczonego świeżym powietrzem. Niczym duch wyłaniał się z chmury dymu pozostawiając za sobą smrodliwy ślad nikotyny. Inną postacią była kobieta. Podstawiała starszej pani łokieć, by mogła się na niej wesprzeć bez obaw o upadek na chodnik. Myślę, że mogły być spowinowacone. Podobieństwo rysów twarzy akcentowała fryzura z tą samą ohydną doczepką ze sztucznych włosów. Tych dwóch pań nie sposób było przeoczyć albo to ja zwracałam na nie baczną uwagę. Lubię przyglądać sie ludzio i wyłapywać fragmenty ich rozmowy.
Ostatnio starsza pani zaczęła korzystać z chodzika. Opierając się na nim drobnym krokiem wędrowała do pobliskiego sklepu. Chodzik miał półkę zabezpieczoną siatką. Mieścił drobne zakupy i inne drobiazgi.
Całą tę trójkę- starszą i młodszą panią, papierosowego pana spotykałam dość często, co nie dziwi, bo w końcu mieszkamy po sąsiedzku- ja w klatce numer jeden, starsza pani w klatce pod drugim numerem.
Nie znaczy to jednak, że rozprawialiśmy kiedykolwiek na dowolny temat. Poprzestawałam na lekko uśmiechniętym powitaniu uznając, że to absolutnie wystarczy. Co prawda mój ojciec mówił kiedyś, że ” jakiś głupi wymyślił ” dzień dobry””, ale ja miałam swoje zasady.
Było więc piątkowe późne popołudnie.
Zbliżałam się do klatki snując wyobrażenia o najlepszej na świecie kawie z mlekiem i niezwyczajnym aromatem ( z nutą dekadencji), gdy napotkałam rzeczoną starszą panią. Stała pod drzwiami wejściowymi do swojej klatki. Nerwowo szukała właściwego klucza w grubym pliku trzymanym w ręku. Zauważyła mnie i choć wątpiłam, by mnie kojarzyła zapytała: „Przepraszam, mogę prosić o pomoc? Pani popatrzy, który z kluczy jest żółty. Nie mogę otworzyć drzwi”. Westchnęłam w duchu, bo w otaczającej nas ciemnościach nie sposób było zobaczyć cokolwiek, a tym bardziej rozróżnić kolor klucza. Poza tym trudno było pomóc, bo ściskała w rękach swój pęk, więc mogłam tylko potowarzyszyć w poszukiwaniach i słuchać jej gderania i utyskiwania na świat. Szczęśliwie sama odnalazła zgubę, choć nadal nie wiem jak to zrobiła. W tym momencie poczułam się zwolniona od towarzyszenia starszej pani i zrobiłam pierwszy krok w kierunku swojego mieszkania. Niestety okazał się być falstartem, ponieważ pani nie skończyła mówić, a poza tym miała kłopot z wejściem na ciemną klatkę. Wydawało się, że się boi zostać w ciemności sama i może tak było, ale w tym momencie zapaliło się światło. W wejściu jest fotokomórka, żeby łatwiej było znaleźć włącznik światła na klatce. Starsza pani nie skończyła swojego słowotoku i tym razem tematem stał się wygląd klatki schodowej. Po trzykroć powtórzyła rozbudowaną opowieść o zaniedbaniach administracji, braku remontu od trzydziestu czterech lat. Całość wieńczyło retoryczne pytanie: ” czy gdzieś jeszcze jest taka klatka?”. Oczywiście pomyślałam o swojej. Wygląda równie obskurnie. Górna część ścian ma barwę zszarzałej żółci, którą mogła być kiedyś biel lub ecru. Dolną zaś pokrywa lamperia o musztardowożołtej barwie. Od dawna łuszczy się i kruszy, co w połączeniu z brudem i plamami trzystoletniej historii mieszkańców stanowi smutny i odstraszający obrazek. Gdy szesnaście lat temu po raz pierwszy weszłam po schodach z cmentarnego lastrico, usłyszałam od byłej właścicielki mojego lokum, że wkrótce będzie remont. Tym samym zweryfikowała moją definicję słowa „wkrótce”, ale nie mogąc nic zrobić w kwestii obiecanego remontu nadal wyczekuję finału tegoż słowa.
Wracając do tematu starszej pani, od której uciekłam w wątki poboczne, to okazało się, że jasność na klatce schodowej nie wieńczy naszej konwersacji. Okazało się, że trzeba wnieść po schodach jej chodzik. Już wiedziałam, że jest bardzo ciężki i nie zdołam go unieść, bo pani autoratywnie oceniła moją posturę i nie zostawiła miejsca na zdanie odrębne. Wróciła pod domofon i wybrała siedemnastkę. Poczekalyśmy chwilę trwającą nieco krócej niż wieczność słuchając sygnału dzwonka. Nikt nie odebrał, więc pani wpadła w większą konserwację, a ja pozostałam w niewiedzy, kto pod tym numerem mieszka.
Pamiętam czasy, gdy na klatkach schodowych były listy mieszkańców. Wszyscy wtedy znali się nie tylko z widzenia i gdy potrzeba było komuś pomóc czy odnaleźć, nie było z tym większego problemu. Teraz jest tak, że pomimo lat mieszkania w swoim bloku, nie znam żadnego nazwiska sąsiadów. No dobra, znam jedną, zza ściany, Hankę, ale to tylko wyjątek potwierdzający moją tezę, że ” kiedyś było inaczej „.
Gdy starsza pani rozmyślała, do kogo może zadzwonić, kogo poprosić o pomoc, uznałam, że nadszedł czas na moje zadanie. Miałam do wyboru tkwić na klatce schodowej i słuchać starszej pani lub coś zrobić z tym fantem. Wybrałam opcję działania, bo zaczęłam się niepokoić, że spędzę długie godziny rozmyślając o kawie( z tyłu głowy miałam te wizję: kubek kawy, aromat, nuta dekadencji…). Chwycilam więc za wózek i wkroczyłam na schody. Przerażona starsza pani od nowa zaczęła mówić, że za ciężki, że nie dam rady, że za ciężki i że nie dam rady. Szczęśliwie dodała, że mieszka na drugim piętrze i tam trzeba dotargać ciężar. Śmignęłam po schodach słuchając refrenu ” za ciężki, jaka pani silna, za ciężki, jaka pani silna”. Bez kłopotu dotarłam na miejsce odkrywając przy okazji, że starsza pani ma niezłą krzepę, bo nie była dużo ode mnie wolniejsza i wspinała się po schodach całkiem sprawnie i szybko.
Dumna z siebie życzyłam starszej pani spokojnego wieczoru, ale wówczas okazało się, że pani nie skończyła mówić, a co gorsza, że jednakowoż kojarzy mnie i jest ciekawska. Zaczęła rozpytywać, czy ja tak często muszę sama dźwigać, bo..: „pani tak sama tu mieszka?”
I tu docieramy do finału opowieści. Jeśli ktokolwiek pomyślał, że od piątku mam nową koleżankę, kompana do herbaty lub kawy, że pani zaprosiła mnie na wspólne wypicie czegokolwiek, to od razu zaznaczam, że nic z tego. Ukrócając dalsze ” sto pytań do” pożegnałam się ze starszą panią i pognałam do swojego mieszkania. Kawa była przepyszna- z mlekiem, aromatem i z nutą wiadomo czego.
Obraz Mircea Iancu z Pixabay
Zostaw komentarz