O tym, jak Lewiatan zmył się po angielsku, papież Sylwester błogosławił, a my do dziś robimy hałas z tego powodu.
Gdybyśmy cofnęli się o równe tysiąc dwadzieścia pięć lat, do mroźnego grudnia 999 roku, zamiast wystrzałów korków od szampana usłyszelibyśmy raczej szczęk zębów i modlitwy z gatunku: „Panie Boże, ja już będę grzeczny, tylko jeszcze do jutra”. Ówcześni mieszkańcy Europy nie planowali zakupów cekinowych sukienek ani kreacji „na jedną noc”. Oni planowali i czekali na rzecz prostą i definitywną: rychłą śmierć, a najlepiej śmierć z dobrą metryką, żeby Święty Piotr przy Wrotach Niebieskich nie robił „marasu”.
Krążyły wtedy opowieści, że rok tysięczny to nie będzie zwykła zmiana kartki w kalendarzu, tylko koniec świata. Okrągła data działała na wyobraźnię tak samo jak nam niedawno działał kalendarz Majów: człowiek niby wie swoje, ale serce i tak zerka, czy niebo przypadkiem nie ma dziś podejrzanego koloru. A żeby temu strachowi nadać kształt, lud miał swoją historię: pod wzgórzem watykańskim siedzi Lewiatan. Smok jak się patrzy. Uwięziony w lochach, spętany łańcuchami przez świętego papieża Sylwestra I jeszcze w IV wieku. A że jego dzień wypada właśnie 31 grudnia, to prosty wniosek nasuwał się sam: skoro w kalendarzu stoi „Sylwester”, to znaczy, że dziś ktoś może sprawdzać łańcuchy.
I teraz uwaga, bo tu wchodzi genealogia smocza. Podobno Lewiatan miał być dalekim kuzynem Smoka Wawelskiego. A jak to w rodzinie, wiadomości dochodzą szybciej niż list polecony. A wieści z Krakowa były akurat takie, że smoczy krewniak został potraktowany jak sprawa do załatwienia w jeden wieczór. Szewczyk, owca, smoła, siarka, cwaniacka myśl techniczna i gotowe. Polak potrafi, zwłaszcza gdy nie ma nic do stracenia, a ma pod ręką kilka pomysłów i zdrową nieufność do potworów.
Do tego dochodziła jeszcze historia innego krewnego, tego od świętego Jerzego. Jerzy nie prowadził dialogu społecznego ze smokami. Nie robił konsultacji, nie pytał o potrzeby, nie zakładał fundacji „Smok też czuje”. On brał lancę i kończył temat. Smocza starszyzna, konserwatywna z natury i bardzo ceniąca brak kontaktu z ostrymi narzędziami, miała podobno powtarzać na zjazdach rodowych:
– Dzieci, trzymajcie się z daleka od ludzi. Oni są nieprzewidywalni. Jeden wam da owcę, drugi smołę i siarkę, a trzeci przyjedzie na koniu i zrobi z was legendę.
Tymczasem wśród ludzi krążyła pogłoska, że rok tysięczny to będzie ten moment, kiedy Lewiatan wstanie, przeciągnie się, ziewnie ogniem i zrobi z Europy jedną wielką pieczeń. A że człowiek lubi się bać, zwłaszcza zbiorowo, to 31 grudnia 999 roku napięcie rosło jak ciasto na drożdżach.
Na tronie Piotrowym zasiadał wtedy Sylwester II, człowiek tak uczony, że podejrzewano go o konszachty z siłami nadprzyrodzonymi. Potrafił obsługiwać abakus i konstruować zegary. Dla przeciętnego zjadacza chleba było to równoznaczne z tym, że papież ma średniowieczny komputer i właśnie wgrywa aktualizację „Apokalipsa 1.0”. Ludzie wylegli na ulice Rzymu nie po to, by tańczyć, tylko by czekać na ogień z nieba i sprawdzić, czy to już.
A Lewiatan? Ten, po uwolnieniu, pomny na los swoich kuzynów, zamiast wyjść i siać apokalipsę, zrobił to, co robi każdy rozsądny smok, gdy widzi ludzkość w formie: czmychnął po angielsku.
Uznał, że rzymskie lochy to w sumie całkiem przytulne Airbnb, ale jeśli już wychodzić, to tylko po to, żeby zniknąć tam, gdzie nie ma szewców z fantazją. Bez ryku i bez dymu mruczał pod nosem:
– Ja tam z ludźmi nie zadzieram. Jak oni potrafią załatwić smoka smołą i siarką, to co dopiero zrobią ze mną…
I co się stało? Nic.
Niektórzy twierdzą, że smok odbił w stronę Alp, bo Szwajcaria była dla niego bezpieczna: grożą tam co najwyżej podatki, a nie lanca Jerzego. Inni mówią, że wyemigrował jeszcze dalej, do Chin, do dalszej rodziny, bo tam smoki traktuje się jak atrakcję narodową. W każdym razie o Europie ani myśli.
Zatem kiedy w Watykanie północ wybiła, Lewiatan był już pewnie w połowie drogi do jakiejś spokojnej jaskini, byle daleko, jak najdalej. A niebo – zamiast pęknąć – po prostu trwało, więc ludzie przez chwilę stali jak zaczarowani. I dopiero gdy dotarło do nich, że morderczej bestii nie ma, że ognia z nieba nie będzie, że ręce są na miejscu, nogi też, a głowy wciąż nadają się do noszenia, Rzym wybuchł ulgą. Kto mógł, śpiewał, kto umiał, bił w dzwony, a kto nie miał w co uderzyć, uderzał choćby w stół, byle głośno. Z tej ulgi rodzi się najlepsze święto świata.
I tu jest sedno, dlaczego dzisiaj tak hucznie. Bo ulga ma to do siebie, że chce wyjść na zewnątrz. Dawniej robiło się więc hałas tym, co było pod ręką: dzwonami, śpiewem, krzykiem na rynku, czasem wystrzałem z miejskiej broni, czasem z moździerza, czasem po prostu uderzaniem w co popadnie, byle było głośno. W hałasie jest zaklęcie proste: „Minęło. Przeżyliśmy. Zło nie weszło do środka”.
Fajerwerki przyszły później, ale zasada została ta sama. Ma być jasno i głośno, żeby stary strach nie wrócił po cichu.
I tak zostało do dziś. Każdy z nas ma w sobie coś z Rzymianina z X wieku. W sylwestrową noc symbolicznie zamykamy stare lęki i z nadzieją oraz odrobiną szaleństwa wbiegamy w nowe jutro. Huk petard to tylko echo dawnej radości z tego, że świat się jednak nie skończył.
A dzisiejsze smoki? Cóż, mniej widowiskowe, ale za to upierdliwe. Inflacja, podatki, rachunki oraz postanowienia noworoczne, które padną szybciej niż wawelski kuzyn po siarce. Ale powód do świętowania pozostaje ten sam: wciąż tu jesteśmy. A skoro świat znowu się nie skończył, wypada to uczcić.
Z krakowskim pozdrowieniem i nadzieją na Nowy Rok pełen radości, bez apokalipsy, za to z odrobiną szczęścia na co dzień, zdrowiem na dłużej i spokojem, który nie ucieka po pierwszym rachunku. A te współczesne smoki: inflacja, podatki i nerwy – niech zmykają śladem tego smoka spod wzgórza watykańskiego.
Zbigniew Grzyb
P.S. Jeśli rano, 1 stycznia, obudzisz się z bólem głowy, nie wiń szampana. To tylko echo ryku Lewiatana, który gdzieś w bezpiecznej jaskini wciąż zaśmiewa się z tego, jak łatwo nas wystraszyć jednym kalendarzem.
Z serii: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄
Zostaw komentarz