Szkoła. Rzadko kiedy mam z nią do czynienia jako prawnik. Specjalizacja nie ta.

Dzisiaj jednak zdarzyło mi się reprezentować nieletniego. Gadał na lekcjach pomimo uwag i nauczyciele stwierdzili, że… jest zdemoralizowany i sprawa trafiła do sądu.

A mój nieletni to 12-letni ministrancik, nie pali, nie pije, nie kradnie, nie bije. Gada na lekcjach i czasami kłóci się z nauczycielami. Uratował blok przed wybuchem gazu i ma nawet podziękowanie od PSP za ten czyn.

A więc gada i kłóci się. No ale jak ma się nie kłócić? Każdy się kiedyś w szkole kłócił z nauczycielem! Nauczyciele naprawdę potrafią być niesprawiedliwi! Zwłaszcza wobec chłopca z nadwagą, który dopiero co przeniósł się do ich szkoły.

Tak więc jestem sobie na sali, postępowanie trwa i zaczynają pojawiać się dowody na to, że nie tyle młodzian zdemoralizowany, co nauczyciele raczej nie nadają się do tego, żeby w szkole uczyć.

Z byle powodów chłopiec otrzymuje nagany. Oto, będąc dyżurnym na dyskotece nie domknął okna na sali tanecznej (które ktoś wcześniej bez zapowiedzi otworzył) i jakiś pijany gość na tę dyskotekę wszedł. Wpis: nagana.

Nauczycielka z biologii uznała, że zerżnął pracę domową z internetu (mimo, że to była nieprawda) – pała i uwaga.

Na którejś lekcji nauczycielka posunęła się do tego, żeby go przy całej klasie debilem nazwać (co zostaje wykazane, nauczycielka zresztą przepraszała chłopca).

W tym momencie zdawałoby się, że jest po sprawie. A tu sąd pytanie: nazwała Cię debilem? Przy wszystkich? Zaraz zaraz… Co Ty musiałeś takiego zrobić, że nauczycielka aż tak się zdenerwowała? Młody zbladł.

Na szczęście sprawę sąd umorzył (materiał dowodowy był jednak po naszej stronie).

Jednak ja miałem nieodparte wrażenie, że dzisiaj na sali zapachniało duchem PRL-u.