Historia lubi ponure żarty.
W 1937 r. Roman Szuchewycz założył we Lwowie firmę reklamową „Fama”, związaną z OUN. Reklama prasowa, plakaty, kino, witryny, prowokacyjne akcje – jak na swoje czasy były to nowoczesne metody zdobywania uwagi.
Szuchewycz nauczył się tam prostej zasady: nie wystarczy mieć produkt. Trzeba jeszcze sprzedać jego markę.
Kilka lat później „produktem” była już nie kawa czy papierosy, lecz OUN i jej wizja Ukrainy. Przejęcie przez OUN-B nazwy UPA było politycznym majstersztykiem: „Ukraińska Powstańcza Armia” brzmiała jak armia całego narodu, a nie formacja jednej partii.
A dziś mamy Kadyrowa.
„TikTok Army”, broń, pozy, efektowne nagrania i inscenizacje – wojna jako spektakl, a przywódca jako marka.
Szuchewycz miał „Famę”.
Kadyrow ma TikToka.
Różnica? Technologia. Mechanizm – ten sam: najpierw stworzyć mit siły, potem sprzedać go ludziom jako rzeczywistość. Ale jest granica, której nie wolno zacierać.
Kadyrow jest brutalnym autokratą i jego ludzie mają na koncie liczne zbrodnie. Jednak skali tych zbrodni nie można porównywać ze skalą masowych mordów ludności polskiej dokonanych przez struktury OUN-B/UPA.
I dlatego ostatnia puenta powinna być brutalnie prosta:
Kadyrow robi propagandę z wojny.
Szuchewycz robił z propagandy narzędzie wojny.
Kadyrow potrzebuje TikToka, żeby wyglądać jak wojownik.
Szuchewycz potrzebował „Famy”, żeby nauczyć się, jak tworzyć markę.
A potem przyszła kolej na UPA.
Najpierw sprzedawał ludziom obraz. Później obraz miał usprawiedliwiać przemoc.
A na końcu za polityczną „marką” zostały nie lajki, lecz mogiły.
To jest prawdziwy rachunek propagandy: kiedy kończą się argumenty, zaczyna się przemoc — a kiedy kończy się przemoc, pozostaje jeszcze walka o to, kto napisze jej historię.
Zostaw komentarz