Pamiętacie tę dziecięcą zabawę? Jeden szepcze drugiemu na ucho: „babcia piecze placek z wiśniami”. Drugi przekazuje trzeciemu, trzeci czwartemu, a na końcu, po całym szeregu, wychodzi: „babcia piecze placek z winami”. Wszyscy pękają ze śmiechu, bo to śmieszne, bo jesteśmy mali, bo nikt nie traktuje tego serio. Dziś dorośli faceci w krawatach, garsonkach i z mikroportami robią dokładnie to samo – tylko zamiast śmiechu mamy nagłówki, zamiast piaskownicy Sejm, telewizję i portale, a zamiast wiśni z winami – wojnę o narrację, która ma decydować, kto jest cwany, a kto głupi. I nikt już się nie śmieje. No, może ja się śmieję. Ale cicho, żeby mnie nie zamknęli za brak powagi.

W przestrzeni publicznej coraz częściej słyszymy komunikaty, które przypominają podwórkowe „a Marcin powiedział…”, tylko wypowiadane poważnym tonem i w garniturze. Różnica polega na tym, że dziś w rolach dzieci występują politycy, eksperci i media, a stawką nie jest zabawa, lecz kształt wspólnej rzeczywistości. I choć wszyscy udają, że uczestniczą w poważnej debacie, to logika tej dyskusji bywa zaskakująco bliska logice piaskownicy.

Kiedy ktoś powołuje się na anonimowe źródło, nie cytuje osoby, lecz czyjąś interpretację tego, co ta osoba rzekomo powiedziała. To jak cytowanie cienia zamiast człowieka – ale cień, jak wiadomo, bywa wygodniejszy, bo nie protestuje. Wystarczy magiczne sformułowanie: „osoba z bliskiego otoczenia”, „nieoficjalne ustalenia” czy „kręgi zbliżone do…”. To są słowa-wytrychy, które zwalniają z odpowiedzialności za prawdę, a pozwalają na kreowanie faktów prasowych z niczego.

Wystarczy fraza: „z kręgu zbliżonego do kancelarii prezydenta”, „źródło zbliżone do premiera” albo „osoba z otoczenia ministra”. Brzmi poważnie, pachnie poufnością, a w rzeczywistości jest jak bilecik pod ławką w szóstej klasie: nikt nie podpisany, nikt nie odpowiada. Cień nie idzie do sądu, cień nie prostuje, cień nie mówi: „ej, ja tego nie mówiłem, to wy sobie dopisaliście”. Im więcej pośredników, tym większa szansa na zniekształcenie, ale w debacie publicznej udaje się, że to nie ma znaczenia. Głuchy telefon staje się narzędziem politycznym o ostrych krawędziach. Wystarczy, że ktoś coś „słyszał” lub „ma przeciek”, a już buduje się narracja, która żyje własnym życiem. Fałszywe cytaty wygrywają, bo są emocjonalne i ostre.

Prawda bywa nudna, a nuda nie klika się tak dobrze jak sensacja. Współczesny odbiorca coraz rzadziej szuka faktów – on szuka adrenaliny, a adrenalina nie lubi przypisów. I tu dochodzimy do zjawiska, które nazywam „eksportem opinii”. Mechanizm jest prosty: polski autor publikuje tekst w zachodnim medium, a następnie polskie redakcje cytują ten tekst jako „ważną opinię Zachodu o Polsce”. To swoisty recykling tez. Autor pakuje swoje stare, krajowe urazy w elegancki, angielski czy niemiecki garnitur, wysyła je za granicę, a po kilku dniach te same treści wracają do nas jako „głos prestiżowego dziennika”.
(Zresztą to osobna historia, do której pewnie niedługo wrócę w oddzielnym felietonie, bo ten eksport opinii zasługuje na własną kartę choroby.)

To jak z bimrem z chałupy: destylujesz w piwnicy własne zacieranie, nalewasz do butelki po coca-coli, przyklejasz etykietę „Distillé à Paris” albo „Made in Germany”, wracasz do domu i wołasz triumfalnie: „patrzcie, co mi świat przysłał!” A przecież to Twój własny bimber, tylko z korkiem od szampana i nalepką po francusku. Polski autor wysyła swoje żale za granicę, tam je ładnie opakowują, odsyłają z powrotem – i nagle to już nie jest polska awantura, tylko „głos prestiżowego Zachodu”. Klasyczna pralnia reputacji: brud wchodzi po polsku, wychodzi po angielsku czy niemiecku, a na końcu wszyscy kiwają głowami z powagą, jakby nagle odkryli Amerykę.

W tej grze nie szuka się prawdy, lecz atestu. Zagraniczny tytuł prasowy działa tu jak certyfikat jakości na produkcie, który od początku był wytworzony na rodzimym podwórku. To nie jest dialog międzynarodowy, tylko sprytna gra w odbijanie własnych poglądów przez lustro. Nagle wszyscy pochylają się nad sprawą z troską, bo przecież „świat o nas pisze”. A przecież piszą ci sami ludzie, którzy na co dzień uczestniczą w naszym lokalnym piekiełku, tylko użyli zagranicznego adresu zwrotnego.

Taka praktyka to forma miękkiej manipulacji, która wykorzystuje prestiż zagranicznej prasy jako pałkę do okładania politycznych przeciwników. Najgorsze jest to, że odbiorca często nie widzi tego zamkniętego obiegu: polski autor → zachodnia gazeta → polskie media → polska opinia publiczna. W efekcie powstaje echo, które udaje wielogłos. A echo nie jest dowodem na prawdę – jest tylko dowodem na to, że ktoś krzyknął wystarczająco głośno w stronę odpowiedniej ściany.

Dlaczego to działa? Bo mózg uznaje za prawdziwe to, co brzmi znajomo. Jeśli słyszymy tę samą plotkę z trzech rzekomo różnych stron, przestajemy pytać o fundamenty. Plotka jest wygodniejsza niż fakt, bo nie wymaga wysiłku – wystarczy ją powtórzyć. A jak już powtórzysz dziesięć razy, to sama zaczyna wierzyć, że jest faktem. Tak powstają legendy miejskie, mity polityczne i te wszystkie „wszyscy wiedzą, że…”.

Najprostsza metoda obrony? Zadawać upierdliwe pytanie: „kto to konkretnie powiedział i gdzie mogę to sprawdzić?”. Jeśli w odpowiedzi słyszymy „nieoficjalne źródła”, „osoba zaznajomiona z tematem” albo – mój ulubiony klasyk – „wiemy to z dobrze poinformowanych kręgów”, to zazwyczaj znaczy, że nie ma czego ujawniać. W świecie, w którym każdy może być „źródłem”, zdrowy rozsądek staje się ostatnią linią obrony. A zdrowy rozsądek, jak stara krakowska baba na rynku, nie lubi, jak jej wciskają kit.

Dorośli powinni w końcu przestać bawić się w głuchy telefon, zwłaszcza gdy stawką jest wspólna rzeczywistość. Czas przestać być dziećmi, które wierzą, że jeśli coś napisano po angielsku, to automatycznie staje się święte. Prawda nie potrzebuje paszportu ani zagranicznych delegacji – potrzebuje dowodów. Inaczej obudzimy się w świecie, w którym prawda będzie tylko jedną z wielu opinii, a to już nie jest zabawa, tylko chaos. A chaos, jak wiemy z historii, nie ma zwyczaju kończyć się dobrze. Kończy się zwykle tak, że wszyscy krzyczą „a Marcin powiedział!”, nikt nie pamięta, kto zaczął, a na końcu płacą ci, co milczeli.

No i co, drodzy państwo? Może pora dorosnąć? Bo jak nie, to za kilkanaście lat dzieciaki będą grać w „ polityczny głuchy telefon” i śmiać się z nas – że myśmy w to serio wierzyli.

Zbigniew Grzyb

Z serii: PITOLENIE STAREGO GRZYBA 🍄