Donald Tusk miał odpolitycznić Trybunał Konstytucyjny. Słowo „miał” okazuje się tu kluczowe. Bo kiedy polityczna obietnica zderza się z politycznym interesem, nagle konstytucja zaczyna być tylko dekoracją.
Niezależność, ale najlepiej pod kontrolą
Prof. Antoni Dudek nie owija sprawy w bawełnę. I słusznie. W jego ocenie Donald Tusk nigdy nie był szczególnie wiarygodnym kandydatem na patrona niezależnego Trybunału Konstytucyjnego. Można więc współczuć tym, którzy uwierzyli w opowieść o „odpolitycznianiu” TK.
To musiało być miłe uczucie.
Najpierw polityk zapowiada, że skończy z upolitycznieniem instytucji. Potem okazuje się, że najlepszym sposobem na odpolitycznienie jest… obsadzenie jej człowiekiem wskazanym przez polityków. Logika jest doprawdy imponująca. Gdyby podobne standardy zastosować do demokracji, moglibyśmy ogłosić, że najpewniejszym sposobem zapewnienia wolnych wyborów jest uprzednie ustalenie ich wyniku.
Oczywiście wszystko w trosce o praworządność.
„Odpolitycznianie” po polsku
Problem nie polega wyłącznie na tym, kto zostanie sędzią Trybunału. Problem polega na metodzie.
Bo jeśli każda kolejna władza przychodzi z hasłem: „poprzednicy upolitycznili instytucje, my je teraz naprawimy”, po czym natychmiast zaczyna urządzać je po swojemu, to nie mamy żadnego odpolityczniania.
Mamy zmianę politycznego właściciela.
I to jest chyba najbardziej osobliwa cecha polskiej polityki: każda ekipa uważa, że niezależne instytucje są niezależne przede wszystkim wtedy, kiedy robią to, czego oczekuje aktualna ekipa.
Kiedy robią coś przeciwnego — natychmiast trzeba je „zreformować”.
Przypadek? Oczywiście. Taki sam przypadek, jak zwykle.
Berek i test lojalności
Prof. Dudek zwraca uwagę na kandydaturę Macieja Berka i liczy, że znajdą się posłowie koalicji, którzy zagłosują przeciwko niej, pokazując premierowi, że popełnił błąd.
To byłby zresztą ciekawy eksperyment.
Posłowie mogliby po raz pierwszy od dawna udowodnić, że mandat poselski nie jest wyłącznie kartą wstępu do partyjnego klubu.
Mogliby powiedzieć: „Nie, panie premierze. Tym razem nie zagłosujemy dlatego, że tak uzgodniono”.
Brzmi niemal rewolucyjnie.
W polskiej polityce byłoby to wydarzenie porównywalne z odkryciem nowej planety.
Bo przecież znacznie łatwiej jest podnieść rękę wtedy, kiedy wiadomo, że cała ławka podnosi ją razem z nami. Trudniej natomiast zrobić coś tak banalnego jak samodzielne użycie własnego rozumu.
Najpierw obietnica, potem interpretacja
Cała historia ma jednak jeszcze jeden, bardzo polski wymiar.
Politycy uwielbiają mówić o niezależności instytucji państwa. Szczególnie wtedy, kiedy są w opozycji. Wtedy niezależność jest święta, konstytucja jest święta, procedury są święte, a każda ingerencja polityków w instytucje państwa stanowi niemal zamach na demokrację.
Potem następuje zmiana władzy.
I nagle okazuje się, że konstytucję można interpretować bardziej elastycznie, procedury potraktować kreatywnie, a niezależność urządzić tak, żeby przypadkiem nie przeszkadzała w rządzeniu.
Czyli wszystko zostaje po staremu. Zmieniają się tylko nazwiska.
Cynizm czy naiwność?
Najbardziej interesujące jest jednak coś innego. Jeżeli ktoś jeszcze wierzy, że Donald Tusk zbuduje niezależny od polityków Trybunał Konstytucyjny, to pozostaje mu życzyć powodzenia. Wiara jest przecież rzeczą piękną.
Ale w polityce warto czasem czytać nie tylko deklaracje, lecz także rachunek korzyści. Bo polityk, który naprawdę chce odpolitycznić instytucję, musi zgodzić się na sytuację, w której ta instytucja może w przyszłości wydać orzeczenie niekorzystne dla jego własnego obozu.
I właśnie tutaj zaczynają się schody.
Łatwo być zwolennikiem niezależności, kiedy niezależny organ uderza w przeciwnika. Prawdziwy test zaczyna się wtedy, gdy uderza w swoich.
Dlatego głosowanie nad kandydaturą Berka może być czymś więcej niż kolejnym parlamentarnym rytuałem.
Może pokazać, czy w koalicji istnieją jeszcze posłowie, którzy potrafią powiedzieć premierowi „nie”.
A jeśli się nie znajdą?
Cóż. Wtedy pozostanie nam przynajmniej satysfakcja, że Trybunał został odpolityczniony dokładnie tak, jak politycy rozumieją niezależność: najpierw niezależny od poprzedników, a potem niezależny od zdrowego rozsądku. I tylko konstytucja, jak zwykle, będzie musiała jakoś to wszystko przeżyć.
Zostaw komentarz