Okolice wsi Tworylne. W połowie lat pięćdziesiątych XX wieku właśnie tutaj trzech młodych mężczyzn postanowiło sprawdzić, czy da się zacząć życie od nowa z przekonaniem, że dzika przestrzeń będzie ich ostoją.
Dawne pola Tworylnego, porzucone niemal dekadę wcześniej, zarosły trawą sięgającą do pasa. Wśród chwastów sterczały resztki, kamiennych fundamentów i pojedyncze drzewa owocowe. W tym miejscu, tuż nad Sanem, chłopcy skecili prowizoryczne rancho. Kilka ścian z desek, dach kryty papą. Wystarczyło, by uznać to za dom.
Z PGR-u, gdzieś z drugiego końca Polski, dostali stado krów w dzierżawę. Zwierzęta dotarły zmęczone, przestraszone, wychudzone po długiej podróży. Bieszczadzka pogoda — duszne dni przerywane nagłymi burzami — okazała się dla nich bezlitosna. Krowy chudły w oczach. Muczenie niosło się po dolinie, odbijając echem od zalesionych zboczy Otrytu.
Najgorsze były gzy. Nie pojedyncze owady, ale całe chmury, które obsiadały bydło tak gęsto, że skóra znikała pod czarną plagą .Krowy wpadały w panikę, trenowały ogrodzenia, biegły na oślep. A potem przyszły wilki.

Pierwsze wycie usłyszeli późnym wieczorem. Krótkie, przeciągłe.
— „Słyszałeś?” — zapytał jeden z nich, wychodząc przed barak.
— „Słyszałem. I nie podoba mi się to” — odpowiedział drugi, chwytając latarkę.
Wilki nie podchodziły od razu. Krążyły. Sprawdzały. W nocy widać było ich świecące się oczy, i nerwowe porykiwania krów. Chłopcy stali przy prowizorycznym płocie do świtu. Jedna wiatrówka krążyła z rąk do rąk. Stara, pamiętająca jeszcze inne czasy. Broń bardziej symboliczna niż nadająca się do obrony.

Wilki tej nocy nie zaatakowały. Ale strach został. Od tej pory noc nie była już porą odpoczynku, tylko czuwania.

Mimo wszystko nie odpuścili. Dzień po dniu pracowali : poprawiali ogrodzenia, osuszali podmokłe fragmenty pastwiska, uczyli się zwierząt i terenu. Chudli i ciemnieli od słońca.

Po kilku miesiącach byli już innymi ludźmi niż ci, którzy przyjechali tu pełni wyobrażeń o kowbojskim życiu.
O pieniądzach nikt nie mówił. Było jasne, że rachunek się nie zgadza.
Rok później wrócili. Dlaczego — nikt do końca nie wie. Jedni mówili o niezdanym egzaminie, inni o braku miejsca gdziekolwiek indziej. Tym razem trafili na plan filmowy . Zostali statystami w filmie „Rancho Teksas”.

Był rok 1957. Kamera, konie, aktorzy. Reżyser krzyczał, operator poprawiał kadr, ktoś rozdawał herbatę.
— „Panowie, tu macie wyglądać, jakbyście całe życie w siodle spędzili” — padła instrukcja.
Jeden z chłopaków uśmiechnął się pod nosem.
— „To akurat nie będzie trudne.”
Płacono pięćdziesiąt złotych dziennie i dawano jeść. Po pracy jechali konno do Wołkowyi, wprost pod drzwi knajpy. Konie stawały przy barze, ludzie milkli na chwilę. Dziewczyny patrzyły. Było w tym coś z westernu, coś z młodzieńczej brawury.

Potem wszystko się rozeszło. Dwóch zniknęło. Jeden osiedlił się nad Soliną, z własnym gospodarstwem i zatoką nazwaną jego imieniem. Drugi podobno włożył mundur milicjanta i zapuścił korzenie gdzie indziej.
Trzecim był Lutek.
Reemigrant z Jugosławii. Sam dźwigał cement i deski na Połoninę Wetlińską, odnawiając opuszczoną chatkę. Zimą walczył z mrozem, latem wynajmował konia turystom. Przez jeden sezon była przy nim dziewczyna „w sukni niebieskiej”. Potem odeszła. Chatka też zniknęła. Lutek przeniósł się w doliny.

Dziś po tamtym ranchu nie ma śladu. Trawa znów zarosła dolinę , San płynie jak płynął, a Otryt patrzy z góry z tą samą obojętnością. Tylko czasem, gdy zapada zmierzch, a ogień strzela iskrami w noc, ktoś wspomni o trzech chłopakach, co chcieli tu zostać na zawsze. W Bieszczadach tak właśnie mierzy się czas — nie latami, lecz opowieściami.
Nie zostali tu na długo. Ale wystarczająco, by góry ich zapamiętały. A w tych stronach to jedyna forma nieśmiertelności, na jaką naprawdę można liczyć.

Autor: Jędruś Ciupaga