Kiedy ktoś wysadza tory pod Lublinem, rzuca łańcuch na trakcję w Puławach i sprawdza, jak szybko państwo reaguje, to nie jest „incydent”.
To nie jest „kradzież”.- jak u Rymanowskiego mówił wicepremier Gawkowski.
To nie jest też „przypadek”.
To jest dywersja.
A dywersja to zawsze pierwszy etap wojny — niewypowiedzianej, ukrytej, ale realnej. I każdy, kto udaje, że tego nie widzi, jest albo idiotą, albo wspólnikiem.
I w tym momencie padają trzy pytania, które nie są „niewygodne”. One są oskarżeniem.
1. Kto zlikwidował Pegasusa — narzędzie, które dziś byłoby bronią nr 1 w walce z sabotażem?
Przypomnę:
Pegasus nie był zabawką.
To był system, który pozwalał wejść w komunikację ludzi planujących takie akcje.
Namierzyć ich sieci.
Zidentyfikować kontakty.
Rozszyfrować powiązania.
A teraz?
Teraz służby mogą sobie co najwyżej popatrzeć w niebo i zgadywać, kto podkłada ładunki pod torami.
Pegasus został zlikwidowany z powodów czysto politycznych, żeby zaspokoić partyjny elektorat. Ale rząd zapomniał o jednym:
sabotażyści mają gdzieś wasze koalicje, wasze komisje i wasze fochy.
Państwo, które rezygnuje z narzędzia operacyjnego w imię politycznego PR-u, po prostu zasługuje, żeby ktoś sprawdził jego odporność.
I właśnie to się dzieje.
2. Dlaczego premier zabrania szefom służb przychodzić na spotkania z prezydentem?
To jest skandal, który w normalnym kraju doprowadziłby do dymisji rządu w ciągu doby.
W momencie zagrożenia, gdy ktoś rozpina komunikację kolejową, testuje linię energetyczną i wysadza tor, najważniejsze osoby odpowiedzialne za bezpieczeństwo powinny siedzieć razem i podejmować decyzje.
A co robi premier?
Wydaje zakaz.
Zakaz!
Szefom służb — przyjścia na spotkanie z prezydentem.
To już nie jest spór kompetencyjny.
To jest czynne sabotowanie bezpieczeństwa państwa.
Bo jeśli służby nie mogą wymienić informacji, to kto ma reagować?
Influencerzy?
Komisje śledcze na TikToku?
Czy może rząd, który obraził się na własne państwo?
3. Kto wypuścił pułkownika GRU Rubcowa — i dlaczego nikt nie siedzi za to w więzieniu?
Pułkownik Rubcow to nie jest amator. To nie jest człowiek, którego puszcza się „przez pomyłkę”. To nie jest ktoś, kogo zostawia się bez kontroli.
A jednak wypuszczono go jak kogoś, kto zapomniał zapłacić mandat.
W państwie poważnym taka decyzja oznaczałaby natychmiast:dymisję,śledztwo, postawienie zarzutów.
W Polsce nie wydarzyło się nic. Nic — zero — cisza.
Jakby Rubcowa wypuściła jakaś niewidzialna ręka, odpowiedzialna przed nikim i za nic.
A teraz, kiedy mamy pierwsze akty dywersji, pytanie wraca jak bumerang:kto go wypuścił i w jakim interesie?
Państwo, które nie kontroluje torów, nie kontroluje niczego
To, co dzieje się dzisiaj, to nie jest przypadek.
To jest test.
Test, czy państwo reaguje.
Test, czy struktury działają.
Test, czy potrafią obronić komunikację, tory, energię, sygnał.
I niestety — wygląda na to, że nie potrafią.Bo państwo, które: likwiduje narzędzia służb, blokuje współpracę najwyższych organów,
wypuszcza ludzi, których powinno pilnować,udaje, że wybuch to kradzież złomu,
nie jest państwem. To jest wydmuszka, którą wystarczy lekko dmuchnąć, by pękła.
Albo zaczniemy zadawać te trzy pytania, albo ktoś za nas zada pytanie czwarte — „gdzie byliście, kiedy państwo się rozsypywało?”
Bo gdy tory wybuchają, a rząd opowiada bajki, to nie jest tylko niekompetencja.
To jest zagrożenie bezpieczeństwa narodowego.W takim państwie chcesz żyć?
Zostaw komentarz