Donald Tusk pozwał do sądu Jarosława Olechowskiego z TV Republika za określenie „Für Deutschland”, uznając, że narusza ono jego dobra osobiste.W normalnym, zdrowym kraju taka sprawa skończyłaby się na salwie śmiechu i jednym komentarzu w mediach. Ale w Polsce, gdzie polityka dawno przestała być rozmową, a stała się nieustannym teatrem, nawet ironiczne półzdanie potrafi wywołać polityczne trzęsienie ziemi.
Właśnie dlatego dziś oglądamy wielką rozprawę, której ton został narzucony od początku: oto pokrzywdzony, dotknięty Tusk broni swojej godności przed drapieżnym dziennikarzem. I znów rozgrywany jest spektakl, w którym premier przedstawia siebie jako ofiarę, a każdy, kto ośmieli się podważyć ten obraz — automatycznie staje po „ciemnej stronie”.
Problem jednak polega na tym, że to oburzenie Tuska jest wybiórcze.
Nawet bardzo wybiorcze.
Bo z drugiej strony mamy całe środowisko, które powstało wokół ludzi jego obozu: Giertycha, internetowych „Silnych Razem”, farmy internetowych troli i całej grupy opłacanych,,komentatorów” i hejterów, którzy od lat posługują się językiem nieporównywalnie bardziej agresywnym, knajackim niż wszystko, co padło w Republice. To są ludzie, którzy wylewają dzień w dzień litry toksycznej piany na prezydenta, na prawicowych wyborców, na konserwatywną część społeczeństwa. Ordynarne bluzgi, szyderstwa, upokorzenia — i absolutnie zero konsekwencji.
Nikt ich nie pozywa.
Nikt nie reaguje.
Nikt nie mówi o „naruszeniu dóbr osobistych”.
Ba — często wygląda to tak, jakby ich aktywność była wręcz mile widziana. Bo ktoś przecież musi wykonywać polityczną brudną robotę, której sam Tusk wykonywać oficjalnie nie może i nie chce. Zawsze posługuje się bo innymi.
I w tym momencie wychodzi coś, czego nie przykryje żadna sala sądowa: czyste, gołe, polityczne podwójne standardy.
Gdy ktoś z prawej strony powie coś mocniejszego — natychmiast wybucha alarm.
Gdy zrobi to lewica, przymykamy oko, bo „to inny kontekst”. Jakby byli umysłowo upośledzeni i im trzeba wybaczyć.
Gdy dziennikarz rzuci ironią wobec Tuska — proces.
Gdy bojóweczki internetowe opluwają głowę państwa — cisza.
I tutaj dochodzimy do sedna.
Bo to nie jest mentalność europejska, demokratyczna, oparta na zasadach.
To jest czysta mentalność Kalego.
Kali obrażać — w porządku.
Kalemu ktoś powie pół zdania — skandal.
Kali pluć na przeciwników, jak Niesiołowski — „wyrazista opinia”.
Kalemu ktoś zwróci uwagę — „zamach na wolność, koniecznie do sądu”.
W tej logice nie chodzi o moralność, prawo czy kulturę debaty.
W niej chodzi tylko o to, kto jest „swój”, a kto jest „obcy”.
A państwo, które akceptuje taką mentalność, zawsze kończy tak samo: władzą przekonaną, że jej wolno wszystko, oraz obywatelami, którym nie wolno już nic.
Nie dlatego, że powiedzieli coś ostrego — lecz dlatego, że powiedzieli to pod adresem niewłaściwego człowieka.
Dlatego ta sprawa Olechowskiego nie jest procesem o jedno zdanie.
To jest proces o to, czy w Polsce wciąż wolno krytykować władzę.
Czy wciąż wolno używać ironii, aluzji, satyry.
Czy wciąż wolno zadawać pytania tym, którzy trzymają wszystkie instrumenty.
I ostatecznie — czy jeszcze można mówić prawdę, gdy ta prawda nie pasuje do scenariusza pisanego w partyjnym sztabie.
Jeżeli ktoś naprawdę powinien dziś drżeć o swoje dobra osobiste, to nie Tusk.
To powinna drżeć wolność słowa.
Bo jeśli ona się cofnie — jeśli przegra z mentalnością Kalego — to za chwilę każdy, kto powie zdanie niezgodne z linią rządzących, może wylądować tam, gdzie dziś znalazł się Olechowski.
Nie za obelgę.
Nie za wulgaryzm.
Ale za to, że odważył się powiedzieć coś, co władzy nie pasuje.