Gazeta Wyborcza – rękami Wojciecha Czuchnowskiego, redaktora od lat zajadle i zawzięcie zaangażowanego po jednej stronie politycznego sporu – ujawniła dane medyczne prof. Sławomira Cenckiewicza. Dane wrażliwe, chronione prawem. Takie, do których zwykły dziennikarz nie ma żadnego legalnego dostępu. Pojawia się pytanie fundamentalne: skąd Czuchnowski te informacje posiadał? Kto je wyniósł? Kto je przekazał? Kto złamał prawo, a potem zasłonił się hasłem „wolności mediów”?
To nie jest już dziennikarstwo. To jest brudna operacja na wrażliwych danych, prowadzona przez media, które przestały udawać bezstronność. Gdy informacje o stanie zdrowia obywatela zaczynają krążyć jako sensacja, a nie jako element procesu wyjaśniającego, w normalnym państwie zapalają się wszystkie alarmy. W państwie Donalda Tuska zapala się zielone światło na publikację.Donald Tusk boi się Sławomira Cenckiewicza nie dlatego, kim on jest, ale dlatego, co udokumentował. I tu do gry wchodzi to, co — jak niewielu jeszcze pamięta — BBN ponownie opublikowało na swojej stronie internetowej. Chodzi o Raport Państwowej Komisji ds. badania wpływów rosyjskich na bezpieczeństwo wewnętrzne RP w latach 2007-2022 — dokument, który wcześniej został usunięty z rządowej strony i który zawierał rekomendacje dotyczące między innymi Donalda Tuska i innych polityków, by nie powierzano im stanowisk związanych z bezpieczeństwem państwa.
Ten raport — opracowany pod przewodnictwem Cenckiewicza i zespołu ekspertów — dotyczy kontaktów Służby Kontrwywiadu Wojskowego z rosyjską Federalną Służbą Bezpieczeństwa (FSB) w latach 2010-2014 oraz wpływów rosyjskich w Polsce w latach 2007-2022.
Dokument był pierwotnie publikowany w listopadzie 2023 r., potem usunięty, a teraz znów jest dostępny w domenie publicznej na stronie Biura Bezpieczeństwa Narodowego jako oficjalne źródło informacji o tych sprawach.
I to właśnie ten raport — a nie prywatne sprawy zdrowotne — jest istotą sporu. To nie jest spór o zdrowie, ale o dokument, który ujawnia okoliczności i potencjalne wpływy, które mogły naruszać bezpieczeństwo państwa, i który zawierał m.in. rekomendacje dotyczące polityków obecnej klasy rządzącej.
Materiały, fakty, stenogramy, dane i decyzje – one istnieją. I co więcej: są zabezpieczone i dostępne, między innymi przez oficjalne kanały państwowe. Państwowe dokumenty nie znikają dlatego, że są niewygodne dla aktualnej władzy. One zostają. I będą wracać.
Dlatego zamiast zmierzyć się z treścią, uderza się w autora. Zamiast podważyć dokumenty – insynuuje się chorobę. To metoda stara i obrzydliwa: delegitymizować człowieka, bo nie da się obalić faktów. I przy okazji wysłać sygnał ostrzegawczy innym: „wiemy o was wszystko”.
Nie ma tu żadnej tajemnicy ani „dziennikarskiego nosa”. Informacje, które opublikowała „Gazeta Wyborcza”, nie mogły pochodzić z rozmów ani plotek. Dotyczyły szczegółowych danych medycznych — materiałów, które w legalnym obiegu mają jedynie służby — oraz dokumentów o charakterze państwowym, które w sposób jawny i formalny zostały udostępnione przez Biuro Bezpieczeństwa Narodowego.
Ujawniono dane wrażliwe obywatela RP – bez jego zgody, bez wyroku sądu, bez realnego interesu publicznego. Ujawniono je nie po to, by chronić państwo, lecz by zbudować narrację podważającą wiarygodność autora dokumentów, które są niewygodne dla obozu władzy. To nie była informacja. To była insynuacja ubrana w medyczne szczegóły.
I tu dochodzimy do sedna.
To, co zrobiono, jest ohydne i bezprawne. W normalnym państwie prawa ujawnianie danych medycznych obywatela przez gazetę — na podstawie przecieków ze służb lub urzędów — czyni z redakcji nie medium, lecz ściek. Ściek, przez który przepływa cynizm, polityczne zlecenia i pogarda dla elementarnych zasad.
To jest obrzydliwe. Bo łamie ostatnią barierę — granicę prywatności i godności człowieka.Tak wygląda państwo, które boi się prawdy bardziej niż wstydu.
I tak wygląda „dziennikarstwo”, które w imię politycznej lojalności wyrzekło się przyzwoitości.