Serbowie – dumny naród. I krewki. Nieraz tego w historii – tej nowszej i tej dawniejszej – dowiedli. Nie chodzi o to ażeby ich za to ganić czy też chwalić; fakty są jakie są. A historię mają dość długą i całkiem bogatą. Rzućmy okiem.
Zaczynając od samych początków… Chrzest przyjęli już na jakieś sto lat przed naszym księciem Mieszkiem. Później w XI w. dostali się pod zwierzchność Bizancjum, którą jednak do końca kolejnego stulecia udało im się zrzucić i zjednoczyć w jednym państwie, a następnie przystąpić do własnych podbojów. W XIV stuleciu, za panowania króla Stefana Duszana, Serbia doszła do największej potęgi, sam zaś Duszan ogłosił się carem. Krwawa bitwa na Kosowym Polu (1389 r.) przyniosła początek końca niepodległej Serbii, która ostatecznie pół wieku później dostała się pod władanie Turków osmańskich.
Przez kilka kolejnych stuleci Serbowie żyli pod turecką okupacją, co jednak nie znaczy, że zatracili narodowego ducha. Swoją tożsamość utrzymali pod ochroną habsburską, na Węgrzech, gdzie emigrowała serbska elita. Wreszcie dorośli do zbrojnego zrywu i z początkiem romantycznego XIX w. wywołali dwa kolejne powstania. W 1826 r. udało im się uzyskać autonomię i wkrótce zaczęli dążyć do zjednoczenia południowych Słowian – pod swoim oczywiście przewodnictwem – zgodnie z ideą serbskiej odmiany panslawizmu, zwanej panserbizmem (który to skierowany był zasadniczo przeciw władzy tureckiej). W latach siedemdziesiątych XIX w., obok swoich słowiańskich sąsiadów, Serbowie przyczynili się znacząco do wybuchu wojny rosyjsko-tureckiej, później w 1912 r. I wojny bałkańskiej, wreszcie w 1914 r. – wielkiej wojny – poprzez pamiętny sarajewski zamach oczywiście.
Po wojnie nadeszły czasy zjednoczenia Serbów, Chorwatów, Słoweńców, od 1929 r. pod nazwą państwa – Jugosławia. II wojna światowa to silna jugosłowiańska partyzantka Josipa Broza Tity – Chorwata z pochodzenia, jednak przede wszystkim twórcy odrodzonego wspólnego państwa południowych Słowian. Komunisty, który najpierw przegonił ze swej ojczyzny niemieckich okupantów, a później postawił się swojemu niebezpiecznemu sojusznikowi Stalinowi. I Jugosławia – z Tito na czele – przystąpiła na własną rękę do budowy „socjalistycznego raju”. Co trzeba powiedzieć, to, że niewątpliwie wśród państw bloku wschodniego, „wyszła na prowadzenie” pod względem gospodarczym i wyróżniała się liberalizmem. Dla Polaków mających szczęście wyjechać na wczasy do Jugosławii, kraj ten jawił się jako przedsionek Zachodu. Wydawało się, że stoi przed nim świetlana przyszłość. Niestety stało się inaczej. Lata dziewięćdziesiąte XX w. przyniosły hekatombę. Narastające od pewnego czasu separatyzmy wybuchły z pełną siłą, a same serbskie władze – nie chcące oddać swej dominacji w Jugosławii – wywołały wojnę. Straszną i krwawą. W której tak oni, jak i ich przeciwnicy, ulegli po wielokroć najgorszym demonom. Siejąc śmierć, rozpacz, zniszczenie. I przynosząc rozpad kruchej południowosłowiańskiej jedności. Wielu z nas te wydarzenia dobrze pamięta.
Tak więc biorąc pod uwagę tę serbską i jugosłowiańską historię, trzeba mieć świadomość, że z Serbami trzeba uważać. Nie wiedzieli tego kiedyś Turcy, Austriacy, Niemcy i Sowieci. Nie wiedziały i teraz autorytarne władze australijskie. Z uporem broniąc swych – sprzecznych z prawami człowieka – przepisów „sanitarnych” dały się sprowokować pewnemu – także upartemu – serbskiemu sportowcowi.
Sportowiec to oczywiście nie byle jaki. Jeszcze do niedawna Novak Djoković znany był przede wszystkim jako „najlepsza tenisowa rakieta świata”. Zmieniło się to po śmiałym, bezkompromisowym kroku, jakiego dokonał, gdy odważnie zakpił z absurdalnych reżimowych przepisów australijskich. Ponad swoją karierę, ponad grę i pewnie zwycięstwo w wielkoszlemowym turnieju postawił inne wartości – walkę o prawdziwą wolność, ludzką godność i prawdę. (Przepraszam za tą porcję patetyzmu, ale rozchodzi się o sprawę nader ważną.)
Odtąd więc Djoković stał się symbolem walki o wolność, ikoną wszystkich ludzi, którzy na całym Globie zmagają się z „pandemicznym” zamordyzmem. Oczywiście oficjalne autorytety i media głównego nurtu tenisistę obśmiały. Wyzywając od antyszczepionkowców, foliarzy, teoretyków spiskowych. Powyciągali mu jakieś dziwne – niby kompromitujące – niesztampowe poglądy i wypowiedzi z przeszłości. Najwyraźniej jednak zakażone kowidianizmem światowe elity, a nade wszystko przywódcy Komunistycznej Republiki Australii nie spodziewały się takiej reakcji władz Serbii.
Najpierw zaskoczył ich (i pewnie nie tylko ich) prezydent Aleksandar Vučić. „Myślą, że upokorzyli Djokovica tym 10-dniowym nękaniem, a właściwie upokorzyli siebie. Djoković może wrócić do swojego kraju z podniesioną głową”. Piękne słowa. Mocne. Jak na Serba przystało.
No a teraz – bardzo już realna strata. Materialna. Serbowie się nie patyczkują. Cofnęli australijskiej spółce Rio Tinto koncesję na wydobycie litu. A właściwie na uruchomienie wielkiej kopalni tego surowca w swoim kraju. Największej w Europie kopalni, której budowa od dawna budziła duży sprzeciw części serbskiego społeczeństwa. Stąd też oficjalnie premier Serbii, Pani Ana Brnabić, na konferencji prasowej w Belgradzie stwierdziła, że decyzję o cofnięciu koncesji podjęto „po prośbach różnych grup ekologów o wstrzymanie projektu”. A zupełnym przypadkiem jednym z głośniejszych zwolenników tychże „ekologów” był nie kto inny jak… Novak Djoković.
I tak oto w pięknym sojuszu, w obronie wolnego świata, stanęli obrońcy przyrody, politycy i gwiazda sportu. Zaiste przykład do naśladowania. Wolni ludzie górą!
A przy okazji i dla naszego znękanego środowiska naturalnego trochę oddechu…
Zostaw komentarz