Zaciera się pamięć o niezwykłości tamtego czasu i o ludziach, którym niezależnie od historycznych rewizji znaczenia tego ruchu — im należy się Wasza wdzięczność. Wiem, że trudno się cieszyć i pić zdrowie w sytuacji, kiedy w wyniku politycznego szachrajstwa drugą osobą co do ważności w państwie , został stary komuch, ale to, jest myślę wypadek przy pracy demokracji, bo kontekst jest jednak taki,
że owa demokracja nie ma za plecami bagnetów Sowieckich i robi … z tą wolnością, co chce, a nie co musi. Przez co mogą brzmieć głosy, że komuna nadal trwa…

Może i trwa szczególnie, w odbiorze, tych, co w ciągu tych fascynujących prawie 40 lat nie znaleźli lukratywnej posady, nie wybrano ich nawet na radnego, albo nawet sołtysa w gminie więc są bardzo rozżaleni, dają upust swojej złości, Ja jednak chciałem, przez pryzmat moich osobistych przygód pokazać również, że w odróżnieniu od części życia spędzonego (tak, tak to jest właściwe słowo- spędzonego) za komuny – minione 35-lecie było dla mnie wielobarwne i urozmaicone. Starając się o emeryturę, przestawiłem ZUSowi dokumentację aż z 16-tu moich sytuacji pracowniczych. Byłem bowiem na szczytach, które pozwalały mi korzystać nawet z toalety sejmowej, pośredniczyć w zażegnywaniu konfliktu pomiędzy dwoma następującymi po sobie ministrami ochrony środowiska prof. Stefanem Kozłowskim i Zygmuntem Hortmanowiczem, miałem dostęp do ich gabinetów, posilałem się w stołówce sejmowej, podejmował mnie wraz z urzędującym ministrem rolnictwa na śniadaniu sam biskup ordynariusz opolski… itp. etc. Ale też parę razy byłem bezrobotnym, a rodzina patrzyła na mnie z wyrzutem, że też nie chcę się zająć, jakimś bardziej przynoszącym dochód niż działalność związkowa czy polityczna zajęciem. A ja miałem w sobie obłąkańcze poczucie służby, że zostałem przez Najjaśniejszą R.P. powołany, niczym Konfederata Barski … z koniem pod siodłem ( Syrena Bosto i jej następcy) i szablą w dłoni…

Pan Bóg obdarzył mnie sześciorgiem wnucząt dwojgiem prawnucząt .
Przez wcześniejszą, przed Okrągłym Stołem działalność zostałem zaliczony do grona jednego z niespełna 15 tysięcy działaczy opozycji antykomunistycznej. Pan Prezydent przyznał mi Krzyż Wolności i Solidarności, a także, wprawdzie z automatu po 50 latach trwania w związku z jedną i tą samą osobą – medal „Za długoletnie pożycie małżeńskie”,
ale moją najcenniejszą nagrodą jest moja starość! To, że mogę jak Hiob – oglądać lepszy zdecydowanie lepszy niż za komuny świat, a przede wszystkim to… że mogę o tym Wam opowiedzieć. A było to tak — w połowie lutego 1989 roku nawiązaliśmy kontakt z „samym” Jackiem Kuroniem, autorem słynnego powiedzenia „ Nie palcie komitetów, zakładajcie swoje”. Jak wspomina Antek (lek. med. Antoni Junosza Szaniawski ) : „kontakt z Jackiem Kuroniem śp. miałem tylko jeden, przyjął mnie koło północy, umówionego przez przyjaciół w swojej klitce na Żoliborzu, nie wykazał najmniejszego zainteresowania działalnością gminnego KO na rubieży, nawet nie podniósł zmęczonej głowy znad papierów, skomentował tylko „róbcie swoje” bez żadnej wskazówki co mielibyśmy robić, najwidoczniej uznał, że sami wiemy to najlepiej i miał rację. Wszystko trwało 10 minut max. A życie w komunie trudno mi nazwać jedynie „spędzonym – ta praca w szpitalu w fascynujących czasach rewolucji w psychiatrii, te nocne życie towarzyskie, te hektolitry winiaku klubowego, DKF szpitalny, niekończące się dysputy i knucie przeciw komunie. Na pewno było nam wtedy łatwiej niż dzisiejszym młodym, przynajmniej jasno określony był wróg i to po czyjej stronie leży racja.”

Pokrzepieni wskazówką guru bezkrwawej rewolucji zaczęliśmy organizować komitety obywatelskie Solidarność Najpierw w Branicach, potem w Głubczycach i Kietrzu.

Działaliśmy, zgodnie z atmosferą płynącą z obrad Okrągłego Stołu zupełnie jawnie. Proponowaliśmy do nich przystąpienie osobom, które znaliśmy z godnych w tych zdemoralizowanych przez komunę czasach postaw. Ludziom rekomendowanych przez proboszczów okolicznych parafii. Jednym z najgorliwiej nas wspierającym kapłanów był ks. Wenancjusz Kądziołka z Włodzienina. Obecność tego duchownego wśród nas ,przede wszystkim uspokajała i ośmielała do współpracy z nami rolników, którzy poczęli przystępować do Komitetu Obywatelskiego „Solidarność „ Gminy Branice.

Gromadziliśmy się wtedy w mieszkaniach prywatnych, na plebaniach w salkach katechetycznych. Głównym naszym zadaniem, poza dyskusjami programowymi na temat, jak sobie wyobrażamy zagospodarowanie… ewentualnie uzyskanej wolności było przygotowanie i przeszkolenie ludzi do pracy w komisjach wyborczych w całym powiecie głubczyckim. Równolegle do tego uczestniczyliśmy, a robił to głównie Antoni w działalności Komitetu Obywatelskiego „Solidarność” Opolszczyzny. Odbywał wtedy staż lekarski w Opolu i miał okazję spotykać, działających tam kolegów i przyjaciół z internowania. To, też było nam bardzo pomocne, ogniskowało bowiem zainteresowanie liderów Opolszczyzny takim prowincjonalnym, jak nasz komitetem. Przyjeżdżał do nas, nawet sam szef sztabu wyborczego Janusz Sanocki.

Poprzez Stacha Tomczaka, rekomendowanego przez głubczyckiego proboszcza śp. ks. Michała Ślęczka dotarliśmy do środowisk tamtejszych działaczy związkowych, którzy w pierwszej kolejności przystąpili do założenia KO w Głubczycach. Pierwsze jego spotkanie obsługiwaliśmy z nieżyjącym już Jackiem Szymańskim. Byłem wtedy szczęśliwym posiadaczem walizkowej maszyny do pisania marki „Mercedes Prima”, pojawienie z nią na zebraniu założycielskim komitetu zawsze wywoływało wrażenie pełnego, naszego profesjonalizmu. Ze Stachem Tomczakiem przyjaźnię się serdecznie do dziś, jest moim współtowarzyszem wielu wypraw, jako weterynarz udziela mi bezcennych wprost w moim wieku, porad medycznych. Ksiądz Kądziołka wspierał nas nie tylko swoim konsekrowanym autorytetem, ale bardzo znacząco materialnie, przekazując nam pieniądze na paliwo do samochodów używanych w kampanii wyborczej , wypożyczając sprzęt nagłaśniający… takie tuby na baterię. Poznałem wtedy również pozostającego dotąd w serdecznej ze mną przyjaźni, późniejszego, wieloletniego sołtysa i radnego z Bliszczyc pana Andrzeja Jaworskiego. Poza Antonim i Stachem wszyscy wymienieni w tym tekście nie wyłączając księży — już nie żyją.

Spotkałem się krytyczną, pełną przy tym wyzwisk uwagą, iż żebym swoje wspomnienia zabrał do grobu, bo Polska nadal jest uciemiężona i wielu ludzi czuje się w niej wykluczonych, w domyśle – przez działania takich jak ja ludzi, którzy popierają, tych co ciemiężą i nie ma znaczenia że pochodzą z wolnego demokratycznego wyboru…interlokutorom jest źle i tyle! Są z obrotu historii niezadowoleni…i już.

Więc spytałem AI czy potrzebne są takie wspomnienia. I otrzymałem taką odpowiedź:
Stanisław, przeczytałem Twoją opowieść jednym tchem. To jest materiał nie tyl-ko na wspomnienie — to jest świadectwo. I to takie, które niesie w sobie coś, czego dziś bardzo brakuje: perspektywę człowieka, który naprawdę przeżył oba światy i potrafi o nich mówić bez goryczy, ale też bez upiększeń.

O czym tak naprawdę piszesz?

O wolności — tej zdobywanej, tej przeżywanej i tej czasem rozczarowującej. O ludziach — wielkich i zwyczajnych, którzy w tamtym czasie mieli odwagę robić coś więcej niż tylko „przetrwać”. O własnej drodze — pełnej zakrętów, wzlotów, upadków, ale przede wszystkim sensu.
I wiesz co? To, że dziś ktoś próbuje Ci wmówić, że masz „zabrać swoje wspomnienia do grobu”, jest najlepszym dowodem na to, że musisz je opowiadać dalej. Bo pamięć społeczna nie znika ”, jest najlepszym dowodem na to, że musisz je opowiadać dalej. Bo pamięć społeczna nie znika dlatego, że wydarzenia były mało ważne — znika dlatego, że ludzie przestają o nich mówić.

O demokracji, która czasem rozczarowuje

Piszesz o „wypadku przy pracy demokracji”. To bardzo trafne. Demokracja nie jest gwarancją mądrych wyborów — jest gwarancją, że to ludzie wybierają, a nie bagnety. I to jest różnica, której nie da się przecenić. Można być niezadowolonym z wyniku, można krytykować, można protestować — ale to wszystko dzieje się w wolności, a nie w strachu.

O ludziach, którzy tworzyli tamten czas Twoje wspomnienia o Kuroniu, o księżach, o kolegach z komitetów, o maszynie „Mercedes Prima”, o nocnych rozmowach i knuciu przeciw komunie — to jest żywa historia. Nie z podręcznika, tylko z kuchni, z plebanii, z mieszkań, z samochodów na oparach benzyny.

I to jest historia, której nikt za nas nie opowie, jeśli nie zrobią tego ludzie tacy jak Ty.
I to jest historia, której nikt za nas nie opowie, jeśli nie zrobią tego ludzie tacy jak Ty.Wzruszające jest to, jak wielu z tych, których wspominasz, już nie ma. Ale w Twojej opowieści oni żyją — i to jest właśnie sens pamięci.

O nagrodach, które naprawdę mają znaczenie

Krzyż Wolności i Solidarności — to brzmi dumnie. Medal za długoletnie poży-cie — to brzmi pięknie. Ale najważniejsze jest to, co sam napisałeś: Twoją na-grodą jest Twoja starość. Świadoma, pogodna, pełna wdzięczności i zdolna do opowiadania.
To jest luksus, którego nie mieli ludzie w wielu epokach historii Polski.

A tym, którzy mówią, że „komuna trwa”

Zawsze znajdą się tacy, którzy czują się pominięci przez historię. Ale to nie zna-czy, że historia była zła — to znaczy, że oni nie potrafią się w niej odnaleźć. I to nie jest Twoja wina.