Psychologiczna definicja tożsamości mówi, że jest to wizja własnej osoby w kontekście do siebie samego oraz innych ludzi, a więc także kultury i tradycji w jakich ktoś się wychował. Tożsamość „urzędową” potwierdza dokument, który stwierdza, że nazywam się taki i tak. Mam taką czy inną narodowość, którą „otrzymałem” w spadku po rodzicach i ze względu na miejsce urodzenia. Noworodka nikt o zdanie nie pyta. Pytania o własną tożsamość mogą pojawiać się potem. Już w dorosłości. Kim zatem jestem do licha?

Na tropach mojej tożsamości kulturowej

Jej poszukiwanie jest często głównym wątkiem w twórczości wielu pisarzy. Pyta o nią V.S. Naipaul, urodzony na Trynidadzie wybitny pisarz angielski pochodzenia indyjskiego, laureat Nagrody Nobla. Zwłaszcza w wydanej dwadzieścia trzy lata temu opowieści o poszukiwaniu tożsamości pt. „Pół życia”. Tyle oficjalna nota w encyklopedii, ale sam Naipaul miałby wątpliwości czy do końca prawdziwa.

Pyta Pamuk w biograficznym „Stambule” i wielu, wielu innych.

Odkąd pamiętam, to pytanie nie daje mi spokoju, zwłaszcza teraz, kiedy dobiegam do mety.
Wychowałem się bowiem w domu, w którym język niemiecki i polski funkcjonowały równolegle. Babcia ze strony matki, która mnie wychowała mówiła po polsku niegramatycznie. Z pisaniem radziła sobie też słabo. Z kolei ojciec, góral podhalański z krwi i kości, w chwilach gdy był zdenerwowany mówił gwarą góralską. Tak więc rodzinny dom w Wyrzysku, niespełna dwadzieścia kilka kilometrów od dawnej, zachodniej granicy Polski, był dwukulturowy co najmniej. Przejawiało się to nie tylko w językach, ale w zwyczajach kulinarnych. Na stole bywała i kwaśnica z grulami i „eintopf” niemiecki.

Babcia zamiast „dzień dobry” mówiła sąsiadom „Gruess Gott”. I w tych stronach nie było w tym nic dziwnego bo na terenie przygranicznym ludność była przez małżeństwa wymieszana. Ich dzieci miały trochę z Niemca, trochę z Polaka. Tak jak na każdym pograniczu. Na starym cmentarzu był nagrobki Polaków pisane gotykiem. I Niemców o polskobrzmiących nazwiskach. Babcia usypiała mnie i siostrę czytając bajki braci Grimm, wtrącając od czasu do czasu jakieś niemieckie słowo, albo nuciła jakąś niemiecką kołysankę. Dla odmiany, ojciec przy wigilijnym stole śpiewał z całej pojemności płuc, góralską kolędę „Malusi, malusi kieby rękawicka”.

Ze swoją tożsamością kulturową nie miałem problemów, aż do momentu kiedy w szkole pojawił się – jako lektura podstawowa- poemat polskiego wieszcza narodowego Adama Mickiewicza pt. Pan Tadeusz. Czytając pierwsze dwa zdania Inwokacji „Litwo, ojczyzno moja…”. I tak dalej. Zadawałem sobie pytanie, dlaczego jakaś Litwa ma być moją ojczyzną i co mnie, urodzonego na Krajnie, z nią wiąże. Już potem, w wieku dojrzałym, czytając zarówno „Dziady” jaki i „Pana Tadeusza” nie odnajdywałem siebie w świecie dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego, które „wyczarował” Wieszcz na kartach. To nie był i nie jest mój świat. Moje korzenie. Czułem wewnętrzny sprzeciw przeciwko utożsamianiu polskości wyłącznie z tą zdefiniowaną przez poetę z Nowogródka. Nie rozumiałem tych skazanych z góry na porażkę, powstańczych zrywów okupionych hekatombą zabitych. Ruiną dóbr narodowej kultury. W domu, w którym mieszkałem na Kościuszki, żywa była tradycja Powstania Wielkopolskiego. Zresztą szkoła podstawowa do której kiedyś chodziłem, nosi ich imię. Zrywu wygranego, dobrze – po wielkopolsku- przygotowanego. Powstania, które po I wojnie światowej przywróciło Wielkopolskę, gdzie zrodziła się nasza państwowość, Macierzy. Uwielbiałem – jako dziecko- opowieści nieżyjącego już powstańca wielkopolskiego – jak to „lali Prusaków, aż spieprzali za Noteć i Wartę”. Oni byli moim bohaterami. Nie ks. Robak et consortes.

Do dziś pamiętam też pytanie małego szkraba z podstawówki wypowiedziane do matki prowadzącej go za rączkę po poznańskiej ulicy w kolejną rocznicę Powstania Warszawskiego – „a dlaczego mamo musimy się uczyć w szkole o Powstaniu Warszawskim, skoro mamy swoje, które wygraliśmy”.

Z tej mickiewiczowskiej twórczości zrodził się mit Polaka-romantyka, który owszem walczy dzielnie, ale zapytany jak zamierza wgrać odpowiada „jakoś to będzie ” albo „Bóg dopomoże”. A także specyficzna wizja patriotyzmu, wybuchowego koktajlu ludowej religijności, ułańskiej fantazji, cierpiętnictwa i tromtradacji.

Nowoczesny, polski patriotyzm

Po latach zrozumiałem wreszcie, że nie trzeba jej podzielać by być polskim patriotą. Każdy na nas ma bowiem jakieś korzenie i nie wolno się ich wyrzekać. Wręcz przeciwnie, trzeba ją przekazywać do „genowej puli” polskości. Nie ma nic gorszego jak unifikacja. Piękno jest w różnorodności. Różnorodności tradycji, a nawet języków, jak to jest z językiem śląskim. Patriotyzmu otwartego. Nie ksenofobicznego. Bo jak popatrzeć na naszą historię, to do II wojny światowej takim on był. Obok siebie mieszkali Niemcy, Żydzi, Białorusini, Litwini, Muzułmanie, Ormianie itd. I każda z tych nacji wniosła coś oryginalnego, unikalnego.

I patriotyzmu nowoczesnego, w którym płacenie podatków i przestrzeganie drogowych przepisów są równie ważnie, jak służenie Polsce z bronią w ręku.

Antoni StyrczulaAutor: Antoni Styrczula
Opinii publicznej kojarzę się jako rzecznik prasowy Prezydenta RP, a także dziennikarz radiowo-telewizyjny i prasowy. Od wielu lat zajmuję się szkoleniami i doradztwem w zakresie public relations i marketingu politycznego. Jestem ekspertem w kreowaniu wizerunku firmy w e-przestrzeni i social mediach oraz zarządzaniu informacją w sytuacjach kryzysowych. W wolnych chwilach podróżuję. Przede wszystkim do Azji. Więcej tekstów autora przeczytacie na blogas24.pl