Jeśli chcecie znaleźć dobrą rozrywkę latem, nie szukajcie jej w kasynach Monte Carlo ani na dyskotekach Władysławowa. Omijajcie paryskie lupanary i miejscowe lunaparki. Przyjedźcie do Łodzi! Aby się do niej dostać nie musicie wsiadać do pociągu ani za kierownicę auta. Wystarczy przeczytać najnowszą książkę Marcina Andrzejewskiego pt. „Deluks”
Łódź w powieści kryminalnej Andrzejewskiego przedstawiona jest z precyzją architekta i czułością artysty. Od pierwszego akapitu wiemy, że autor jest znawcą i miłośnikiem miasta nad rzeką Łódką. Pisarz pokazuje je od frontu i od podszewki. Spaceruje z czytelnikiem po ozdobionej rzadkimi światłami peerelowskich neonów ulicy Piotrkowskiej i prowadzi go w ciemne uliczki, gdzie jaśniej niż latarnie, świecą rozbite butelki po tanim winie, ciągniętym z gwinta przez bałuckich lumpów.
Autor wiernie odtworzył łódzkie krajobrazy i obyczaje z epoki środkowego Gierka. Akcja powieści dzieje się w 1976 roku, w czasie kiedy Polakom minęło już pierwsze zachłyśnięcie obietnicami towarzysza Edwarda. W kraju rozwija się masowa motoryzacja i nasilają braki w zaopatrzeniu. Po ulicach śmigają polskie fiaty, na chodnikach stoją kilometrowe kolejki po mięso, a nad nimi łopoczą czerwone transparenty z propagandowymi hasłami. Prywaciarze, cinkciarze i partyjni dygnitarze balują w łódzkim Grandzie, podlewając tatara sowieckim szampanem, robotnice z nocnej zmiany, wypluwają płuca przy maszynach włókienniczych, pamiętających czasy „Ziemi Obiecanej”, a wszędobylscy tajniacy pilnują, żeby „Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej”.
W takiej scenerii rozwija się kryminalna intryga, której bohaterami są tytułowy Deluks, czyli zamożny Niemiec o nazwisku Wili Schoppen, przyjeżdżający do Łodzi najnowszym mercedesem delux w niekoniecznie jasnych interesach. Były rajdowiec, właściciel warsztatu samochodowego Majer oraz przystojny esbek, kapitan Moliwa, usiłujący rozwikłać prawdziwe intencje wizyty Niemca.
W tle powieści pojawia się plejada miejscowych typów, bohaterów drugoplanowych i postaci epizodycznych, które przemawiają do czytelnika barwnym językiem obfitującym w okolicznościowe powiedzonka i cwaniackie bon-moty.
Mnie spodobała się odzywka starego garusa o ksywie Kinkong, który po wyjściu z kicia, wychwalał życie na wolności takim grepsem – „teraz wódka, parówki, chrzan i żarówki, dziwki, konserwy i piwo bez przerwy”.
Niebanalna jest też stoicka rymowanka niejakiego Lujdefinesa, który pociesza młodszego kolegę słowami – „Czy się śmieje, czy się płaka, to nieważne, masz junaka”.
Od razu wyjaśniam osobom niewtajemniczonym w arkana ówczesnej motoryzacji, że „Junak” to jest marka cenionego i pożądanego w peerelu motocykla.
Przytoczyłem to filozoficzno-motoryzacyjne powiedzonko nie bez kozery, ponieważ samochody w książce Andrzejewskiego grają pierwszoplanowe role.
Autor z lubością i wprawą wozi czytelników autami z epoki. A ma ich w swoim pisarskim garażu cały tabor. Poczynając od luksusowych mercedesów i szpanerskich mirafiori, na pogardzanych daczkach, plastikowych trabantach i poczciwych syrenkach kończąc.
Zorientowany czytelnik znajdzie w powieści łódzkiego autora nie tylko zabytkowe samochody i dobrze zawiązaną intrygę kryminalną lecz także zabawne aluzje literackie.
Tak więc, mechanik Majer jeździ, niby pospolitym, ale przerobionym dla niepoznaki autem dobrej marki, podobnie jak Pan Samochodzik w książce Nienackiego.
Inny trop prowadzi w stronę popularnych w peerelu komiksów o tematyce milicyjnej o nazwie „Kapitan Żbik”. Andrzejewski puszcza oko do czytelnika, nazywając jednego ze swych bohaterów – kapitanem Żabikiem.
Recenzenci znaleźli w „Deluksie” nawiązania do „Złego” Tyrmanda. Mnie klimaty miejskich krajobrazów z powieści łodzianina, kojarzyły się z warszawskimi książkami Konwickiego – z „Nic albo nic” i „Małą Apokalipsą”
Dlatego namawiam Znajomych do przejażdżki „Deluksem”.
Przed lekturą nie zapomnijcie zapiąć pasów i przygotujcie się na ostrą jazdę! Emocje gwarantowane, kraksa niewykluczona!

Autor: Marek Szarek
Zostaw komentarz