Oskar Wilde mawiał, że człowiek inteligentny nie nudzi się w swoim towarzystwie.

W długim swoim życiu nie miałem okresów, w których bym się nudził, ale to nie znaczy, że jest to zasługa mojej inteligencji, która nawet była mierzona przez zakonnicę psychologa i wypadła fatalnie, bo wdałem się w dyskurs z badającą, że według mnie nie należało wrzucić do skrzynki pocztowej, znalezionego na ulicy , zaadresowanego listu, jak tego oczekiwał test. To było za czasów głębokiej komuny, i miałem w sobie zakorzenioną, różnymi perypetiami ostrożność w podejmowaniu, jakiejkolwiek współpracy z reżimem.

A jak w tym liści był donos?

Brak zatem nudy w biografii zawdzięczam raczej rozwichrzonej naturze, a nie walorom intelektualnym. Zwłaszcza że cywilizacja, w której wyrastałem, zaczęła galopować. Szczególnie w sferze komunikacji.

Sam już nie wiem kiedy, podłączyłem się do pokolenia określanego przez socjologów jako – C. Nazwa tej kohorty pokoleniowej wzięła się od przymiotnika connected (ang. „połączony”), odnosi się do osób, wypisz wymaluj, jak ja stale podpiętych do Internetu i mediów społecznościowych.

9 lutego2009 r. Facebook wprowadził przycisk „like”, w ten sposób wyzwolił powszechne pragnienia akceptacji. Piktogramowe lajki, zastąpiły drugi układ sygnałów człowieka, jakim jest mowa.

Do czego więc potrzebna inteligencja?

Nawiasem mówiąc, autor tej zgrabnej myśli, wiedział, o czym mówił, bo na parę lat Anglicy zamknęli go do więzienia za pederastię.

Obecnie mamy do czynienia ze sztuczną inteligencją umożliwiająca w zasadzie dowolną personalizację. Algorytm błyskawicznie dopasuje treści na ekranie do tego, czego się najbardziej pragnie. Dotyczy to wszelkich rodzajów relacji: zabawy, przyjaźni, miłości, nawet stosunków seksualnych.

Jednak jednego owa sztuczna inteligencja nie zastąpi – umiejętności i przyjemności pływania krytą żabką w te i grzbietowym we wte.