Tylko tak sobie mówię, chociaż mnie nikt nie pyta. Byłem/jestem nauczycielem, dyrektorem, wizytatorem i egzaminatorem, ale nie mam przecież tej wiedzy o edukacji, co ma Pani Minister. Niemniej z okazji rozpoczęcia szkolnego powiem, co należałoby zmienić w oświacie.
1. Centralizacja i ujednolicenie
Największą wadą polskiej edukacji jest centralizacja. Z poziomu ministerstwa regulowane są najdrobniejsze szczegóły funkcjonowania szkół. Dlatego wszystkie szkoły w całej Polsce są identyczne. Natomiast uczniowie są różni i mają różne potrzeby. Bo jedno dziecko potrzebuje w szkole głaskania, a drugie twardych reguł postępowania. I żadne aktywiszcze edukacyjne tego nie rozstrzygnie, co jest dla niego lepsze.
A jednak z poziomu ministerialnego narzuca się szkołom jeden jedyny sposób postępowania z uczniami jako jedynie słuszny. Mało tego, każdy minister to robi według własnego widzi mi się. Po każdej zmianie władzy przez edukację przechodzi więc fala jak przez widownię podczas koncertu piosenki wojskowej.
Dlatego należy rozpruć ten węzeł gordyjski i uwolnić szkoły od szaleństwa ingerowania przez władzę centralną w kwestie dyżurów podczas przerwy i organizację wycieczek szkolnych. W tym celu należy zlikwidować 2/3 przepisów oświatowych. Jedna prosta ustawa z ograniczoną pulą rozporządzeń i koniec. A do tego zakaz dalszego gmatwania prawa oświatowego. Do konstytucji należy wpisać nieprzekraczalny limit praw oświatowych. Jeżeli następnego ministra najdzie nieodparte pragnienie mącenia w edukacji – za każdy nowy przepis musi usunąć jeden stary.
Bo chodzi o to, aby pozwolić szkołom złapać oddech i dać im prawo się różnić. Bo powinny istnieć szkoły w stylu Netflixa i szkoły z pruskim drylem. Tego nie powinno regulować państwo. Niech będą też szkoły z nauczycielami przebranymi za słodkie brzoskwinki. Wprawdzie ja nie ufałem brzoskwinkom, ale jeżeli będę miał również inny wybór – zupełnie nie będą mi przeszkadzały szkoły „róbta co chceta”.
Rozumiem, że wyboru nigdy nie będzie miała młodzież ze wsi i małych miasteczek, gdzie jest tylko jedna szkoła. Nawet tam jednak wyzwolenie szkół z gorsetu ustalanych w Warszawie przepisów umożliwi im lepsze dostosowanie się do oczekiwań miejscowej społeczności.
2. Uznaniowość
A w dyskusji o egzaminach zewnętrznych tak naprawdę chodzi o uznaniowość. Bo przecież chodzi o to, aby nie istniał obiektywny sposób oceny pracy szkół i nauczycieli. Nie można przecież pozwolić, aby jakiś tam egzaminy pozbawił urzędników i innych ekspertów prawa do arbitralnego stwierdzenia, że dobre szkoły nie są wcale takie dobre.
Bo żadne tam wyniki egzaminów nie mogą być świadectwem jakości pracy nauczycieli. I cóż z tego, że uczniowie osiągają dobre wyniki egzaminacyjne, jeżeli nauczyciele w tej szkole wpisują do dziennika tematy niezgodnie z przepisami? Dlatego jedynie wizytatorzy i aktywiści mogą wiedzieć naprawdę, która szkoła jest dobra.
Wśród nauczycieli znana była w przeszłości taka anegdota. Rodzice skarżą do kuratora na dwóch dyrektorów. Dyrektora X kurator zna i lubi, więc odpowiada rodzicom, że dyrektor odpowiada za szkołę i dlatego on nie może pozwolić, aby szkołą rządzili rodzice. Natomiast dyrektora Y kurator nie zna i nie lubi, więc odpowiada rodzicom, że on nigdy nie pozwoli na to, aby szkołą kierował dyrektor, który nie potrafi się porozumieć z rodzicami. I o to naprawdę chodzi z tymi egzaminami.
Niby co miałby zrobić kurator, gdyby ocena pracy szkół powiązana była z wynikami, a wyniki egzaminacyjne szkoły kierowanej przez dyrektora Y byłyby bardzo dobre? Czyżby miał rozłożyć bezradnie ręce przed rodzicami, że w tej sytuacji on nic nie może zrobić. Toż to byłaby kompromitacja dla Urzędu. Właśnie dlatego wszyscy najwybitniejsi eksperci od edukacji zastanawiają, jak podważyć wiarygodność egzaminów, aby nie doszło do takiego absurdu, że nauczyciele bez łaski mogą być dumni z efektów swojej pracy. To zagrażałoby autorytetowi Państwa.
Załóżmy nawet, że eksperci mają rację i wyniki egzaminów bardziej zależą od pracy korepetytorów niż nauczycieli. Nie wiem, skąd oni to wiedzą, ale niech będzie. To niech ruszą swoimi eksperckimi głowami, aby stworzyć bardziej wiarygodny mechanizm obiektywnej oceny efektów pracy szkół i nauczycieli. Było EWD (Edukacyjna Wartość Dodana), ale to też im przeszkadzało. Bo tak naprawdę chodzi o to, aby ocena pracy szkół pozostała uznaniowa i arbitralna.
3. Kreatywna księgowość
Wymagania egzaminacyjne są w zakresie edukacji odpowiednikiem specyfikacji w zamówieniach publicznych. Czyli są zestawem wymagań i informacji opisujących oczekiwania państwa wobec edukacji. Bo państwo płaci za usługi edukacyjne, czyli jest nabywcą tych usług. Egzaminy są więc sposobem kontrolowania jakości kupowanego przez państwo produktu.
W tej sytuacji państwo nie powinno być jednocześnie sprzedawcą tych usług edukacyjnych. Powstaje bowiem wówczas patologia, która niszczy obecnie edukację oraz egzaminy zewnętrzne. Państwo występując w roli nabywcy, zawyża wyniki egzaminacyjne, aby sztucznie zawyżyć informację o wartości edukacji, którą administruje i za którą odpowiada.
Ten rodzaj edukacyjnej kreatywnej księgowości narasta zwłaszcza po przeprowadzeniu przez państwo kolejnej fali reform. Poprzez wyniki egzaminów władze chcą bowiem udowodnić, że ich reformy były słuszne. A reformy są realizowane w Polsce w trybie ciągłym, więc poziom egzaminów obniża się w sposób liniowy. Dlatego państwo nie powinno być jednocześnie kupującym i sprzedającym.
Jedynym wyjściem z tej szatańskiej spirali jest uwolnienie państwa od odpowiedzialności za edukację. Niech państwo definiuje swoje oczekiwania wobec edukacji oraz ocenia ich spełnienie poprzez egzaminy zewnętrzne. Natomiast niech zostawi szkołom swobodę działania.
Oczywiście wtedy szkoły powinny ponosić odpowiedzialność za efekty swych działań. Dlatego wyniki egzaminów zewnętrznych powinny zostać włączone do mechanizmu finansowania szkół. Niech więc pieniądze na edukację idą do szkół za uczniem, ale niech wysokość bonu edukacyjnego należnego szkołom będzie uzależniona od kategorii wyników osiąganych przez uczniów.
Oczywiście nie można nawet myśleć o wprowadzeniu bonu edukacyjnego w żadnej postaci, jeżeli wcześniej nie uwolni się szkół spod destrukcyjnej góry przepisów i nie zostawi się im nawet marginesu swobody. Tego nie rozumieją fanatyczni zwolennicy idei bonów edukacyjnych, którzy nie mają bladego pojęcia o edukacji.
4. Wymuszanie ocen
Celem szkół powinno być nauczanie. Wychowanie jest zadaniem rodziców, w którym szkoły mogą ich wspierać. Natomiast szkoły powinny przede wszystkim uczyć.
Istotnym narzędziem nauczania są oceny. Jeżeli więc chcemy, aby szkoły przestały być jednolite jak koszary wojskowe — również sposób oceniania powinien być zróżnicowany. Dlatego oceny wewnętrzne nie powinny być regulowane ministerialnym rozporządzeniem, a tym bardziej ustawą, od której można się odwołać do sądu. To jest coś tak absurdalnego, jakby wymyślił to chochlik dla żartu.
Oceny wewnętrzne to oceny szkolne, czyli sposób komunikowania między uczniami, nauczycielami i rodzicami. Wara więc wszystkim innym od ocen wewnętrznych. Regulacjom zewnętrznym powinny podlegać tylko oceny zewnętrzne, czyli wyniki egzaminów. Natomiast wewnątrz szkoły same powinny określać swój model oceniania uczniów. A jeżeli uznają to za właściwe, mogą nawet zrezygnować z ocen. Niech komunikują się z uczniami i rodzicami rozdając uśmieszki lub kwiatuszki.
Oczywiście swoboda szkół musi mieć też swoje ograniczenia. Oceny wewnątrzszkolne nie mogą pozbawić uczniów możliwości zdobycia wykształcenia. Gdyż wtedy ich rola nie byłaby czysto wewnętrzna. Nie mogą więc mieć wpływu na promocję do następnej klasy. Tym bardziej nie mogą blokować ukończenia szkoły.
W czasie mojej wieloletniej kariery nauczycielskiej prawie nigdy nie zdarzyło się, aby uczeń, który nie zdał do następnej klasy, osiągnął lepsze wyniki. To jest jak z młodym przestępcą, który pierwszy raz idzie do więzienia. Nie ma on wielkich szans na resocjalizację, a zdecydowanie częściej ulega we więzieniu demoralizacji. Tak samo jest z uczniami powtarzającymi klasę. Zazwyczaj stają się bardziej agresywni i lekceważący, a bardzo rzadko im pomaga. Niech więc uczniowie zdają choćby z pięcioma ocenami niedostatecznymi. To są tylko oceny wewnętrzne, gdyż ostatecznie poziom ich wiedzy i tak zweryfikują egzaminy zewnętrzne.
Takie rozwiązanie ma jeszcze jedną zaletę. Natychmiast zmniejszyłaby się ilość skarg i szkolnych awantur. Bo niezależnie od tego, pod jakim pretekstem rodzice atakują szkołę, w zdecydowanej większości za różnymi oskarżeniami i pretensjami kryje się po prostu zwyczajne wymuszanie ocen. Jeżeli więc oceny szkolne staną się sprawą wewnętrzną szkół bez wpływu na promocję — nagle z dnia na dzień zrobi się ciszej wokół edukacji.
Ale zdarzyło się czasem, że uczeń skorzystał na powtarzaniu klasy. To jest bardzo rzadkie zjawisko, ale się zdarza, dlatego nie można całkowicie zablokować takiej możliwości. Powtarzanie klasy niech będzie jednak przywilejem, a nie karą. Dlatego uczeń mógłby powtarzać klasę tylko na uzasadnioną prośbę rodziców (lub pełnoletniego ucznia) za zgodą rady pedagogicznej.
5. Demotywacja nauczycieli
Od uczniów o mniejszych możliwościach nie można wymagać tyle, co od ambitnych z dużymi możliwościami. Konieczne jest więc zróżnicowanie szkół, także pod względem poziomu wymagań i intensywności pracy. Obecna uniformizacja, dostosowująca wszystkie szkoły do poziomu najsłabszych uczniów, marnuje potencjał najlepszej części polskiej młodzieży szkolnej.
Różnorodność wymagałaby jednak doboru odpowiednich nauczycieli do modelu szkoły. Obecnie szkoły nie mogą prowadzić żadnej polityki kadrowej. W konsekwencji wymagający nauczyciele duszą się w szkołach, w których niczego nie można od uczniów wymagać, i popadają w konflikty z rodzicami, gdy próbują czegoś wymagać. Jednocześnie w szkołach, gdzie są bardziej wymagający uczniowie, są też nauczyciele, którzy nie są w stanie sprostać tym wymaganiom i również popadają w konflikt z rodzicami.
W konsekwencji obecnie w każdej szkole jest mniej więcej 2–3 doskonałych nauczycieli, 2–3 bardzo słabych i reszta przeciętnych, z których część mogłaby być dużo lepsza, ale nie ma do tego motywacji. Inaczej mówiąc: poziom szkół zależy od uczniów, a nie od nauczycieli. Tej sytuacji nie jest w stanie zmienić agresja rodziców. Potrzebne są realne mechanizmy motywacyjne i elastyczność kadrowa.
Oczywiście istnieje fikcja motywacji w postaci dodatku motywacyjnego i awansu zawodowego. Awans to wielkie oszustwo, ponieważ jest to tylko inna forma dodatku stażowego, obwarowana biurokratycznymi przeszkodami. Natomiast dodatek motywacyjny można przyznać komuś, tylko jeśli zabierze się go komuś innemu. Czyli w szkole muszą być dobrzy i źli nauczyciele. Jeżeli będą wyłącznie dobrzy, ten absurdalny mechanizm motywacji się zawali.
Należałoby więc wyrzucić do kosza biurokratyczny awans i dyskryminujący dodatek motywacyjny. Prawdziwym awansem powinna być możliwość przeniesienia się do szkoły z wyższymi wymaganiami i wynagrodzeniem. Byłoby to możliwe, jeśli budżet szkoły zależałby od jej wyników egzaminacyjnych, a jednocześnie szkoły mogłyby prowadzić elastyczną politykę kadrową.
Należy przy tym zwrócić uwagę, że nie chodzi o proste przełożenie, iż konkretny nauczyciel dostaje premię za wyniki swoich uczniów. Wyższa kategoria wyników egzaminacyjnych powinna przekładać się na wyższy przelicznik dotacji zasilającej budżet szkoły, aby można było go wykorzystać do prowadzenia aktywnej polityki kadrowej. Chodzi o to, aby szkoła mogła pozyskać również najlepszych nauczycieli wychowania fizycznego i nauczycieli tańca.
Aby jednak taka forma awansu była możliwa, dyrektor szkoły musi zyskać możliwość prowadzenia polityki kadrowej stosownie do potrzeb swojej szkoły. Taką możliwość blokuje obecnie Karta Nauczyciela, która daje nauczycielom gwarancję stabilizacji zawodowej. Ja wcale nie dziwię się, że nauczyciele nie chcą z tego zrezygnować. A jednak jest wyjście z tej pułapki bez rezygnacji z Karty Nauczyciela. Po prostu dyrektor szkoły nie powinien być pracodawcą.
Pracodawcą nauczycieli powinien być kurator oświaty, zatrudniający nauczycieli w ramach wojewódzkiego korpusu nauczycieli. On wypłacałby im też podstawowe wynagrodzenie, wynikające z zaszeregowania oraz stażu. Natomiast dyrektor podpisywałby z nauczycielem czasowy kontrakt, oferując dodatki do wynagrodzenia.
Nauczyciele bez kontraktu ze szkołami wciąż byliby nauczycielami na mocy Karty Nauczyciela, którzy otrzymywaliby z kuratorium oświaty podstawowe wynagrodzenie wraz z dodatkiem stażowym. Pełniliby niezwykle potrzebną rolę nauczyciela na zastępstwo w razie nieobecności nauczyciela w szkole.
Brak umowy z konkretną szkołą nie oznaczałby więc utraty statusu nauczyciela. Wielkość wojewódzkiego korpusu nauczycieli uzależniona byłaby natomiast od liczby uczniów w województwie, a nie w danej szkole. Tylko radykalny spadek liczby uczniów uzasadniałby redukcję etatów na poziomie wojewódzkim. Natomiast kryzys pojedynczej szkoły czy likwidacja szkoły nie miałaby wpływu na status nauczyciela. Zerwałby tylko kontrakt z tą konkretną szkołą, bez przerywania ciągłości zatrudnienia.
Wydaje się, że w ten sposób dałoby się pogodzić dwie nierozwiązywalne sprawy, czyli utrzymanie, a nawet zwiększenie poczucia bezpieczeństwa zatrudnienia nauczycieli ze stworzeniem możliwości prowadzenia przez szkoły elastycznej polityki kadrowej stosownie do ich potrzeb.