Przyzwyczajamy się, że media komentują, co się dopiero wydarzy. Zwłaszcza w polityce. Dostajemy wykładnię zanim politycy coś zrobili. Prawda, nieprawda, to bez znaczenia, bo nowe info nakryje czapą, o czym mówiono wczoraj. Celem nie tyle jest informowanie, co zapętlenie komunikacyjne umacniające przekonania już przekonanych.

Dziś fakty w znacznie mniejszym stopniu kształtują opinię publiczną, niż odwoływanie się do emocji i osobistych przekonań.

A media grają na emocjach nie tylko dlatego, że to lubią. Nawet nie tylko dla klikalności. Przede wszystkim dlatego, że podbijania bliskich im emocji pożądają odbiorcy.

Jaskrawym przykładem z naszego podwórka może być słynna analiza statystyczna doktora Kontka, w której przekonywał, że Karolowi Nawrockiemu dorzucono pół miliona głosów ukradzionych Trzaskowskiemu. Analiza była do bani; prof. Tomasz Berent nazwał ją absurdalną, inni naukowcy błędną i nieuczciwą, a Szkoła Główna Handlowa informowała, że dr Krzysztof Kontek nie jest ich pracownikiem. Wszystko na nic.

Mnóstwo ludzi uwierzyło Kontkowi i wierzyło w Kontka, bo wersja jaką przedstawiał była zbieżna z ich emocjami. Dopiero gdy samozwańczy guru wyborczej statystyki zaczął pisać o amerykańskim spisku dotyczącym lądowania na Księżycu, którego zdaniem Kontka nigdy nie było, oraz wyjaśniać, że w swych analizach posługuje się „własnym systemem AI ósmej generacji”, dopiero wtedy wiara w jego racjonalność opadła.

Kiedy w roku 1992 Steve Tesich pisał, że ludzie sami zdecydowali, że „chcą żyć w świecie postprawdy”, wcale nie twierdził, że ludzie cenią kłamstwo. To ciut bardziej zawiłe: MECHANIKĘ postprawdy URUCHAMIA niechęć do konfrontowania się z rzeczywistością, jeśli nie odpowiada naszym wyobrażeniom i oczekiwaniom.

Dziś postprawda zeszła pod strzechy, a media społecznościowe na dobre zwichrowały percepcję zanurzając nas wszystkich w potoku komunikacyjnego wzmożenia. To jest jak powietrze: nie da się nie oddychać, więc chłoniemy, co dostajemy.

W rezultacie zbliżamy się do stanu, jaki towarzyszył ludzkości w tzw. ‘wiekach ciemnych’: dostęp do rzetelnej informacji stał się dobrem rzadkim.
Czy wytwarzający mgłę informacyjną Donald Trump nie na tym surfuje? Czy nie dostosował się do czasów? Bo nie jest ani pierwszym, ani jedynym takim. Wystarczy się lepiej rozejrzeć, by ich dostrzec blisko nas. A Trumpa od nich różni tyle, że robi to z otwartą przyłbicą, bez minoderii i bez zasłony dymnej.

W brawurowym początku „Wesela” Czepiec pyta dziennikarza: „Cóz tam, panie, w polityce? Chińcyki trzymają się mocno!?”
Dziennikarz odpowiada: „A, mój miły gospodarzu, mam przez cały dzień dosyć Chińczyków.
Czepiec: Pan polityk!
Dziennikarz: Otóż właśnie polityków mam dość, po uszy, dzień cały.
Czepiec: Kiedy to ciekawe sprawy.
Dziennikarz: A to czytaj, kto ciekawy; wiecie choć, gdzie Chiny leżą?
Czepiec: No, daleko, a panowie to nijak nie wiedzą, że chłop chłopskim rozumem trafi, choćby było i daleko. A i my tu cytomy gazety i syćko wiemy.
Dziennikarz: A po co — ?”

Tu kończę cytowanie Wyspiańskiego, ale przynajmniej ostatnią odpowiedź dziennikarza muszę skomentować. No właśnie! Po co ludowi wiedza, skoro poczuje się wyśmienicie dostając dawkę emocji zgodnych ze swoimi pragnieniami.

Fot. Hans Christian Andersen : „Nowe szaty króla” – okładka wydania hiszpańskiego [niestety nie znam nazwiska autora]

Nb. Przypomnijcie sobie, jak to szło. Wcale nie ze strachu ludzie udawali, że widzą nieistniejące cenne szaty… Oni nie chcieli być uznani za głupców, bo cenny strój miał być widoczny dla wszystkich mądrych i inteligentnych.

Autor: Liliana Sonik
Urodzona 30 sierpnia 1954 r. w Krakowie – polska filolog, wychowanka DA Beczka, po śmierci Stanisława Pyjasa założycielka Studenckiego Komitetu Solidarności, publicystka, dziennikarka, opublikowała w „Tygodniku Powszechnym”, „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Polskim”, „Głosie Wielkopolskim”, „Gazecie Wyborczej”, „Znaku”. Pracowała w Radio France Internationale i TVP.