Rozczulając się nad migawkowymi obrazami dzieciństwa, chciałem jednocześnie znaleźć, jego najstarszą fabułę, to znaczy świadomie przeze mnie zapamiętane zdarzenie, noszące w sobie wymiar symbolu czasu, z którego do Was przyszedłem.
Wygrało to z końca pierwszej połowy ub. wieku. Byłem wtedy jeszcze wyrośniętym przedszkolakiem, który w tamtych zacofanych czasach, sam niekiedy kroczył przez całe miasto do ochronki, prowadzonej w Wadowicach przez siostry Nazaretanki, do której wcześniej uczęszczał Papież Polak. Poruszałem się więc dosyć swobodnie po jego ulicach, co skutkowało tym, że z domu zacząłem uciekać… do odległych trzy a może tylko dwa kilometry za miastem Tomic, wsi… w której garażował służbowy ojca wehikuł, razem z dwoma końmi, a może koń był tylko jeden?
Kiedy się pojawiałem, chcąc nie chcąc, przeklinając pod nosem swój los pracownika dyspozycyjnego osobisty stangret prezesa PZGS, zaprzęgał konia już nie do bryczki , ale do furmanki i odwoził mnie do domu. W tamtych czasach, na palcach jednej chyba ręki, można było policzyć w miasteczku samochody. Z czego dwoma Citroenami poruszało się UB, milicja miała aż trzy gaziki, doktor Banaś jeździł do pacjentów Fiatem z odkrywanym dachem, a pan Filek, zbudowanym z dykty DKW.
Na drogach dominowały konne zaprzęgi, poczta miała konny ambulans, chłopi na targ przyjeżdżali, wyplatanymi z wikliny furmankami, a w zimie sankami. Pan Zębaty z ulicy Spadzistej pełnił usługi ostateczne pięknym, zaprzężonym w czarne konie karawanem, poza tym po mieście jeździły dwie albo może nawet 3 dorożki.
Zapamiętałem pana Cholewę, który dwa razy w roku woził na spacery sparaliżowaną naszą sąsiadkę panią Roznerową. Wnoszono i wynoszono ją w trzech chłopa na krześle do dorożki i to było za każdym razem, fascynujące mnie widowisko. Na początku wiosny i pod koniec lata.
Była to, której to jestem jeszcze żyjącym świadkiem epoka końskiej cywilizacji. Z niej się wywodzę. Toteż osiadłszy na starość w miasteczku, w którym jeżdżą konne dorożki i konne tramwaje, z rozrzewnieniem wdycham zapach końskiej uryny, chętnie wędruję pamięcią do czasów, w którym wszyscy wokół mnie jeszcze byli.
Na załączonym zdjęciu nasza rodzina, sfotografowana przed wyjazdem na wakacje z panem stangretem, którego nazwiska już nie pamiętam, ale długo, może przez 50 lat pamiętałem, bo był bardzo do nas przywiązany.

Zostaw komentarz