Zanim Cisna stała się królestwem wędrowców, artystów i bieszczadzkich zakapiorów, przez blisko siedemdziesiąt lat była sercem karpackiego hutnictwa. Tu, w cieniu Hyrlatej, Honu i Małego Jasła, biło żelazne serce Bieszczadów – rozgrzane do białości w piecach hrabiego Jacka Fredry. Dziś po tamtym świecie pozostały tylko kamienie, zapomniane zapadliska i opowieści, które brzmią jak fragment powieści przygodowej.
Wieści o rudzie żelaza krążyły po tych górach już przed 1780 rokiem, jednak długo nikt nie odważył się podjąć wyzwania. Ruda była marnej jakości, teren dziki, odcięty od świata. Dopiero gdy dobra cisniańskie objął Jacek Fredro – człowiek odważny, zaradny i pełen wizji – Bieszczady zaczęły mówić językiem ognia i metalu.
Fredro sprowadził uczonych, w tym Ignacego Dorowskiego z Uniwersytetu Lwowskiego, który badał okolice Cisnej, Lisznej, Majdanu i Krzywego. Najpierw były nieśmiałe wykopy, nieudane próby i zwątpienie. Aż wreszcie nad Solinką, pod górą zwaną Machnaczką, dostrzeżono wodę o intensywnie czerwonym zabarwieniu. „Żelazo” – powiedział ktoś. I miał rację.
Po miesiącu kopania kilofami natrafiono na pierwsze złoża. Rozpoczęła się wielka górnicza epopeja. W 1793 roku w Cisnej stanęły pierwsze piece hutnicze, a niedługo później rozpoczęła się budowa wielkiego pieca w Lisznej – kolosa, który zmienił bieg historii tej ziemi.
Pod ziemią powstawały sztolnie o imionach kobiet: Róża w Cisnej, Amelia w Dołżycy, Garyszka i Hadoba w Lisznej, Mariaszka w Majdanie. Największa z nich, cisniańska Róża, według dawnych planów miała aż dwa potężne korytarze ciągnące się kilometrami pod górami . Miała miejscami nawet 10–12 metrów szerokości! Rudę wydobywano ręcznie, przy świetle tysięcy fakli, a ciężkie wózki ciągnęły potężne woły. Jeden taki transport zabierał nawet półtorej tony urobku.
W szczytowym okresie w kopalni pracowało około 200 kopaczy i nawet 23 pary wołów. Górnicy mieszkali z rodzinami w Cisnej, Lisznej, Krzywem i Dołżycy.
18 lipca 1797 roku nastąpił moment przełomowy – pierwszy oficjalny spust rozżarzonego żelaza z wielkiego pieca w Lisznej. Huk młotów uderzył o doliny, a kowale rozpoczęli dzieło, które rozsławiło Cisną w całej Galicji. Powstawały siekiery, młoty, lemiesze, piece, garnki, narzędzia dla drwali i rolników a nawet…. nagrobki.
Z tutejszej huty pochodziły piece grzewcze dla wojsk Napoleona maszerujących na Moskwę.
Z rozwojem przemysłu rozkwitła też Cisna. Zajazdy, karczmy i sklepy rosły jak grzyby po deszczu. Podróżni zjeżdżali tu nie tylko po żelazo, ale też po słynną „faklówkę” – miejscową wódkę nazwaną od fakli, czyli bukowych pochodni nasączonych olejem skalnym, które dawały jasne, czyste światło. To nimi przez dziesięciolecia oświetlano sztolnie, domy, a nawet ulice Lwowa.
Raz w roku odbywała się huczna „horuba” – wielodniowa zabawa hutników i kopaczy. Stoły uginały się od szmyrglówek, solanego łopieńskiego, pachnącej parachy, gryki i słynnych wedzonek . Królowała „lenkówka” – legendarna kiełbasa wyrabiana przez rzeźników z rodziny Leniów. Ta tradycja trwała dziesięciolecia.
Schyłek przyszedł powoli. Po 1863 roku wydobycie rudy zaczęło zamierać. Złoża się wyczerpały, a ostatni z Fredrów nie potrafił utrzymać dawnej potęgi zakładów. Sztolnie opustoszały. Po wojnach część zapadlisk się zawaliła, wejścia zarosły, a ziemia zaczęła zasypywać to, co człowiek z takim trudem w niej wydrążył.
Dziś po sztolni „Róża” w Cisnej nie pozostało niemal nic. Tylko cisza, las i historia. A przecież gdzieś pod naszymi stopami wciąż biegną dawne korytarze, którymi jeździły wozy z rudą i paliły się tysiące fakli.
Na dzień dzisiejszy poszukiwania które były prowadzone nie przyniosły rezultatu. Może kiedyś uda się odnaleźć kawałek sztolni, i dotkniemy żelaznej historii Bieszczadów? Bo Cisna to nie tylko szlaki i ogniska. To także zapomniana stolica górników, hutników i ludzi ognia, którzy napisali jedną z najbardziej fascynujących kart dziejów tych gór.
Autor: Jędruś Ciupaga
Zostaw komentarz