Uniwersytet posiada rozległy parking podziemny, na którym zazwyczaj jest pusto bo pracownicy wolą parkować auta na Placu im. Zburzonego MarcPola. Że niby wygodniej, ale i tak wszyscy wiedzą, że rozchodzi się o kasę, którą trzeba wybulić na zakup abonamentu i pilota. Jest to dziwne, jeśli zważyć na wyjątkowo wysokie zarobki kadry naukowej i pracowników administracyjnych.
Poza półlegalnym barem z alkoholem i papierosami bez filtra, na terenie parkingu przynajmniej raz w miesiącu odbywają się wyścigi samochodowe. Biorą w nich udział wykładowcy, pracownicy administracyjni i zaprzyjaźnieni studenci. Przyjęto zasadę, że ścigać się można wyłącznie samochodami Golf 2 będąc ubranymi w obcisły czarny skórzany strój z beretem w kolorze beżowym. Wyścigi odbywają się zazwyczaj w piątki po południu i kończą wspólnym ucztowaniem przy mini-barze. Dzień wcześniej garbaty student, który obsługuje bar, poluje w Kampinosie na cietrzewie i bażanty, które w piątek jako ryby podawane są do konsumpcji uczestnikom wyścigów samochodowych. W barze panuje półmrok, bo ludzie narzekali na zbyt mocne światło, zatem 60-watową żarówkę wymieniono na jednego chińskiego leda. Tak, że ledwo było co widać. Ale przecież nie po to się tam ludzie spotykają, żeby się oglądać, lecz by mówić i słuchać. Do tego światło nie jest konieczne. No może z wyjątkiem tych, którzy czytają z ust.
Od kilku lat uczestniczę w tych wyścigach i uważam je za niezwykle wartościowe uzupełnienie monotonii dydaktyczno-badawczej. Dopiero tam, w podziemiach, my jako wykładowcy możemy… rozwinąć skrzydła. Dzięki tym rajdom i biesiadom przy barze umocniła się moja tożsamość akademika, na nowo uwierzyłem w siebie w roli profesora.
Czasem jednak do podziemi schodził Kierownik Działu z czarnym kundlem uwiązanym na zwykłym sznurku i siadał w kącie paląc cygaro. Na ogół nic nie mówił, tylko słuchał, ale gdy się pojawiał milkły rozmowy. Słuchał zatem tej ciszy, z której zawsze był w stanie wywnioskować o czym była mowa zanim się pojawił. On i jego czarny kundel. Kadra akademicka bała się go, bo podobno był umocowany w ministerstwie i miał przełożenie na rektora. A to już wystarczy, by pod byle pretekstem zostać zwolnionym z pracy. Zatem część z nas szybko zdziewała z siebie czarne skórzane stroje rajdowe, głęboko w kieszeń wpychając beret.
Kierownik Działu bardzo rzadko zabierał głos. A jeśli już miało to miejsce, to garbaty student szybko wyłączał ekspres do kawy-zabijaczki, saturator z bimbrem z Podlasia i telewizor. Bał się, że Kierownik Działu oskarży go o obniżenie rangi przemowy. Zaczynał zawsze od cytatu z któregoś z wieszczów narodowych aby podnieść rangę przemowy. Miał zawsze w kieszeni wydruk z Wikipedii z tymi cytatami. Po ich wyrecytowaniu przechodził jednak do tzw. rzeczy.
– Widzę, że się tutaj dobrze bawicie – powiedział lekceważąco. Tymczasem na piętrach powyżej studenci czekają na wasze przybycie. Czekają 15 minut i rozchodzą się uradowani. A wiecie dlaczego? – zapytał nie oczekując odpowiedzi, gdyż ją znał. – Bo wasze zajęcia spowija gęsta mgła nudy, której nie rozproszy żadne słońce.
– Pozwolę sobie zauważyć – zabrał głos Dyrektor Instytutu Metafizyki – że to wina studentów. Bo nie słuchają ze zrozumieniem. Treści, które im przekazujemy tradycyjnymi metodami, bo te akurat są sprawdzone.
– Hahahaha, odpowiedział Kierownik Działu – to nie jest żadne wytłumaczenie. Oni już niczego od was nie oczekują, na ogół gardzą wami widząc w was dinozaury. Niektórzy z was próbują być prostudenccy ale na ogół z żałosnym efektem. Właśnie zastępuje was sztuczna inteligencja, gdy tymczasem… – szkoda słów – powiedział Kierownik Działu i udał się w kierunku windy. – Szkoda słów – powtórzył odwróciwszy się plecami od grona profesorów siedzących na rurach grzewczych.
– Ja to mogę publicznie powiedzieć – zabrał głos emerytowany profesor z Wydziału Studiów nad Samym Sobą. – Emerytury mi i tak nie odbiorą, a temat jest ważny. Ale uczynię to tylko co najmniej na parterze, bo w piwnicy takich kwestii nie powinno się wygłaszać. Niewykluczone, że będzie to mowa mojego życia i nie chciałbym, żeby potem na Wikipedii pisali, że wygłosiłem ją w podziemiu. Chcę uczynić to jawnie, publicznie i przynajmniej na parterze.
Półtrzeźwi uczestnicy zebrania, byli kierowcy rajdowi dostrzegli w tej deklaracji tzw. światełko w tunelu. Ten najmniej nietrzeźwy zarezerwował na godzinę salę posiedzeń rady wydziału, mikrofon itd. No i zaczęło się. Na Sali siedzieli byli uczestnicy rajdu, Kierownik Działu z czarnym kundlem, garbaty student i liczne grono studentów zwolnionych z innych zajęć.
Emerytowany profesor wpierw przywitał uroczyście wszystkich zgromadzonych, żeby w następnym punkcie swojej mowy stwierdzić:
– Jestem już dostatecznie zmęczony i znużony byciem profesorem. Bardzo chciałbym zostać błaznem. Ale nie pajacem – proszę nie mylić pojęć. Błaznem, który zwraca uwagę na niebezpieczeństwa pseudoracjonalizacji i standaryzacji, zwłaszcza w obszarze edukacji. Błaznem, który rozdepcze jak karalucha te wszystkie pseudoreformy szkolnictwa wyższego…
– Dość tego – krzyknął Kierownik Działu a jego czarny kundel ugryzł emerytowanego profesora w lewą kostkę. – Basta – grzmiał. – To nie jest czas i miejsce na obalanie nieporządku, w którym dopiero co nauczyliśmy się jakoś odnajdywać. To nie czas i miejsce na odsłanianie nieprawdy, z którą zaczęliśmy twórczy dialog.
– Ugryź go jeszcze w prawą kostkę – polecił czarnemu kundlowi Kierownik Działu. Pies był mu posłuszny.
Jeśli ktoś jeszcze wierzy w reformę szkolnictwa wyższego, to gratuluję naiwności.
Zostaw komentarz