W rocznicę wprowadzenia stanu wojennego chcę Wam opowiedzieć o kapitanie Służby Bezpieczeństwa, który w Wolnej Polsce został negatywnie zweryfikowany i swoją frustrację z tego powodu wyrażał religijnymi wierszami. Jego matka była, jeszcze tam, przed wojną, na Wschodzie uczennicą mojej mamy. Po jej śmierci kapitan zapałał do mnie ciepłym uczuciem i zaczął mi przesyłać swoje utwory i listy, w których wyjaśniał powody, dla których  on, syn bardzo porządnych ludzi z wykształcenia magister rolnictwa … wstąpił w szeregi policji politycznej.

Panie Stanisławie. W każdym rodzaju wojny są ofiary po obu stronach. Tak, jak Pan jest ofiarą z jednej, tak ja z drugiej strony. Nieraz myślałem, czy nie lepiej byłoby, żeby nie wprowadzano stanu wojennego. Bo my mielibyśmy okazję, czcić kolejne powstanie wpisując je w dzieje martyrologii polskiego narodu. Tylko że wtedy nas by już chyba nie było na tym świecie. A wg mojej filozofii “każde życie jest cudem” i należy je chronić wszelkimi środkami. Po doświadczeniach, jakich doznałem od ukończenia studiów, mój patriotyzm stopniowo wygasał. Dzisiaj jest już za późno, abym szukał innej ojczyzny. Wybrałem emigrację wewnętrzną, a właściwie wróciłem do mojego umiłowanego zawodu – służby rolnictwu, gdyż uważałem go zawsze za najbardziej etyczny zawód świata.

 Szkoda, że na rocznice stanu wojennego patrzy się, przynajmniej od 1990 r., dość jednostronnie, głównie przez pryzmat jednej strony tj. działaczy tzw. opozycji demokratycznej. Nie dopuszcza się opinii drugiej strony. Moje przeżycia z tego dnia, a właściwie nocy z 12 na 13 grudnia 1981 r. wywarły na mnie bardzo silny wpływ. Bałem się podobnie, jak Pan, chociaż z tego, co Pan pisze, nie był  Pan  żadnym  tam  groźnym  przeciwnikiem  ówczesnego ustroju.

 Jak już Panu wspominałem, z racji swojej służby zajmowałem się w KWMO we Wrocławiu zagadnieniami związanymi z ochroną gospodarki narodowej w kluczowych obiektach przemysłowych. Kierując sekcją analityczną, miałem wgląd praktycznie w sytuację w każdym zakładzie, ale zainteresowania naszego Wydziału koncentrowały się głównie na zapewnieniu ciągłości produkcji i eliminowaniu zagrożeń o bardzo realnym znaczeniu. Nigdy nie zajmowałem się żadną inwigilacją tzw. działaczy podziemia, gdyż robiła to wyspecjalizowana grupa złożona z najzdolniejszych oficerów powołanych z wszystkich wydziałów KWMO (z kryminalnego, dochodzeniowo-śledczego, PG i innych). Bałem się najbardziej o los Rodziny – Żony i dwojga małych dzieci. Noc z 12/13 grudnia 1981 r. spędziłem w pokoju służbowym w KWMO we Wrocławiu, patrząc, jak na dziedziniec Komendy przywożą jakichś ludzi, na których w Wydziale Śledczym wydawano decyzje o internowaniu na podstawie dekretu RM o stanie wojennym.

Ja mu na to… listonosz dostarczył mi przesyłkę z pańską poezją. Od pierwszego wiersza uderza pański mistycyzm pomieszany z aluzjami do pańskiej służby w organach, co nijak mi nie pasuje. Albo ja jestem przewrażliwiony, ale  tak to odbieram, że pan swoją, poetycką żarliwością chce zagłuszyć, wymazać z pamięci te aspekty, które  dla pana są niewygodne. Tego się jednak nie da zrobić. Jeśli katharsis ma być pełna — wielosłowie nie zastąpi prawdy. W wierszach będzie ono brzmiało fałszywą nutą. Może ta ocena wynika z moich  nawarstwionych pokładów niechęci, wręcz nienawiści, pogardy żywionej, przepraszam, nie chcę pana dotknąć, tylko obrazowo wyrazić moje uprzedzenia — do kolegów Grzegorza Piotrowskiego.

Jest pan  bystry, dodatkowo solidnie wyszkolony z latami profesjonalnej praktyki, no i ma pan talent, który pozwala panu, opowiadać wszystko to, co pan chce w ujmującej formie poetyckich strof.

Boże Mój – jako dziecię gnębione trudami
Znasz nasz los i dostrzegasz krzywdy niezliczone,
Ześlij siłę i pokój i bądź razem z nami,
Niechaj imię Twe, Boże, będzie pochwalone.
O gwiazdo betlejemska – nie bądź gwiazdą wojny,
Której naród nasz polski doświadczał przez wieki,
Rozprosz ciemności nocy, ułatw nam dzień znojny,
Przynieś na swych promieniach święty cel daleki.
Nie oddalaj się od nas, Boże Narodzony,
Wielu z nas zaufała sprawiedliwej mocy,
dziś rozterką szarpany i wiarą wiedziony,
Modlitwą tą rozpraszam mroki polskiej nocy.
Osłoń dzieci od zguby, daj życie w pokoju,
Utęsknione od wieków przywróć ideały,
Niechaj z czoła nam spłyną ciężkie krople znoju,
A nad głową zaświeci aureola chwały.
Rodzisz się, Boże Dziecię, co roku inaczej,
Zmienia się szata świata i jego oblicze,
Tylko człowiek-wygnaniec tuła się i płacze,
daj nam gwiazdę nadziei i otuchy znicze.
Tobie modlitwę moją skromnie niosę w darze,
dając także w ofierze serce skołatane,
Pójdę stanąć przed Tobą, spojrzeć na ołtarze,
I porządkować myśli ciążący mi wianek.
Śpiewać będę kolędę, smutna brzęczy nuta,
Boleśnie ściska gardło słowo “Bóg się rodzi”,
Gdzieś dźwięczy jednak nadal herodowska buta,
I Bóg karać nas będzie klęskami powodzi.

Ja jednak pana nie rozgrzeszę. Jaką inną korzyść chce pan osiągnąć? Mogę też dodać, że nie musi pan w swoich wierszach zamykać tyle żalu, poczucia wyimaginowanej krzywdy, bo przecież, zawody, o których pisał w liście do Tymoteusza nawrócony, prześladowca żydowskich patriotów św. Paweł — trwają i mogą się jeszcze okazać dla pana również zawodami dobrymi. Pan biegnie, ja biegnę…