Trwa amerykańska „specjalna operacja woskowa” w Iranie. Kolejne fale nalotów spadają na Teheran, region płonie, Ormuz stoi, a Waszyngton nie potrafi jasno określić celów ani horyzontu działań. To miała być szybka akcja. Po 72 godzinach coraz bardziej przypomina wojnę bez planu.

Oczami wyobraźni widzę to tak: luty 2030 roku. Trwa amerykańska „specjalna operacja woskowa” w Iranie. 963. fala nalotów na Teheran właśnie przechodzi do historii. Siedemnasty następca ajatollaha Chomeiniego obejmuje urząd i w zaprzysiężeniu zapowiada zniszczenie Izraela oraz bolesny odwet na Amerykanach. Emir Dubaju sprzedaje wieżowce za symbolicznego dolara.

W Zatoce Perskiej powstaje cmentarzysko tankowców — zatopione jednostki tworzą stertę widoczną z kosmosu.
Donald Trump, którego kadencja została wydłużona z powodu trwającego konfliktu, wykłóca się z dziennikarzami na konferencji prasowej, przekonując, że „tej wojny nie zaczął, ale ją zakończy”. Na granicy izraelsko-tureckiej w Kurdystanie narasta napięcie.

Screenshot

To wszystko zaczyna przypominać „trzydniową operację specjalną”. Mijają 72 godziny od rozpoczęcia akcji przeciwko Iranowi. Trump i Hegseth — minister obrony USA — nie potrafią klarownie przedstawić celów ani horyzontu działań. Rubio, szef amerykańskiej dyplomacji, tłumaczy, że atak był konieczny, bo Izrael i tak by uderzył, a wtedy amerykańskie bazy i tak stałyby się celem irańskiego odwetu. W praktyce oznacza to decyzję o uprzedzeniu izraelskiej napaści i jej konsekwencji.

Na radarach widać przerzut kolejnych dziesiątek latających cystern, myśliwców i bombowców USA do Zatoki Perskiej. Pojawiają się spekulacje o ściąganiu wyrzutni rakiet z Korei Południowej, bo zgromadzone siły mogą nie wystarczyć. Regionalni sojusznicy Waszyngtonu ponoszą straty, cieśnina Ormuz zostaje zablokowana, a w Iranie tłumy fetują pamięć męczennika Chameneiego, skandując „śmierć Ameryce”.

Wygląda to tak, jakby Amerykanie zakładali, że sprawę rozstrzygnie pierwsze, miażdżące uderzenie, i nie mieli pomysłu na ciąg dalszy. Uderzenie nie przyniosło rozstrzygnięcia, więc teraz trzeba działać w pośpiechu, by uniknąć blamażu.

Przewaga Trumpa nad Putinem polega na tym, że dysponuje sprawnym supermocarstwem i najsilniejszą armią świata, a nie rosyjskim chaosem — dlatego przynajmniej na razie skala kompromitacji wydaje się mniejsza.

Autor: Robert Winnicki
Polski polityk, w latach 2009–2013 prezes Młodzieży Wszechpolskiej, jeden z twórców oraz pierwszy prezes Ruchu Narodowego, poseł na Sejm RP VIII i IX kadencji.