Przyjęło się w Polsce uważać, że pakt ten był szczególne paskudnym powtórzeniem XVIII-wiecznych umów zaborczych, ze względu na jego tajną część dotyczącą współpracy Niemiec i ZSRR w podziale Europy Środkowo-Wschodniej, przede wszystkim Polski.
Niemniej – pakt ten był wynikiem pewnej logiki dziejów, której początek, moim zdaniem, znajdujemy odpowiednio 17 i 14 lat wcześniej w traktatach podpisanych w 1922 r. w Rapallo oraz w 1925 r. w Locarno.
W szczególności, Traktaty z Locarno, gdzie Niemcy i Francja, przy akceptacji reszty państw zachodu Europy dogadały się co do przebiegu granic miały nadzwyczaj poważne dla nas konsekwencje, gdyż ostatecznie przeważyły o postwersalskim kształcie kontynentu, w którym nasza jego część zajęła strukturalnie najsłabszą pozycję.
Traktat gwarantował nienaruszalność granicy niemiecko-belgijskiej i niemiecko-francuskiej. W ten sposób Niemcy ostatecznie godziły się z wyznaczoną w Wersalu zachodnią granicą swojego terytorium.
Potwierdzając nienaruszalność swych granic zachodnich, równocześnie mocarstwa europejskie odmówiły zarazem gwarancji w odniesieniu do granic z Polską i z Czechosłowacją.
Dla Polski i Czechosłowacji było to dowodem na to, że odtąd granice w Europie dzielą się na nienaruszalne i na te, które naruszyć można. Było oczywiste, że w przyszłości Niemcy zechcą te granice zmienić na swoją korzyść, art. 19 Paktu Ligi Narodów dozwalał bowiem na okresowe ponowne rozważanie traktatów, które nie dają się już stosować. Zgoda Francji i Wielkiej Brytanii na takie stanowisko była wyrazem wzrostu potęgi i znaczenia Niemiec na arenie międzynarodowej. Fakt ten czynił je mocarstwem równorzędnym z pozostałymi i w znacznym stopniu podważał ład wersalski. Jak powiedział sir Austen Chamberlain „Odtąd nie ma zwycięzców i zwyciężonych”.
W 1926 roku Niemcy przystąpiły do Ligi Narodów. Było to głównym celem francuskiego ministra spraw zagranicznych – Aristide Brianda, a układy lokarneńskie miały być wstępem do pozyskania Niemiec dla Ligi Narodów. Niemcy, obok Wlk. Brytanii, Francji, Włoch i Japonii, otrzymały też miejsce w Radzie Ligi (wystąpiły z Ligi 21 października 1933 roku). Układ w Locarno, umożliwiając przystąpienie Niemiec do Ligi Narodów, tylko pozornie ją wzmacniał.
W rzeczywistości jednak podważał jej rolę jako organizacji strzegącej porządku i ładu w Europie. Okazało się bowiem, że oprócz Ligi są potrzebne dodatkowe gwarancje bezpieczeństwa (czego dowodem był traktat w Locarno). Większość mieszkańców ówczesnej Europy nie zauważyła lub nie chciała zauważyć wad traktatu. Uznano go za sukces i gwarancję pokoju. Właśnie za wkład do umacniania pokoju w Europie, uważani za głównych twórców traktatu, w 1925 roku Chamberlain, rok później Briand oraz niemiecki minister spraw zagranicznych, arcypolakożerca Gustav Stresemann, otrzymali Pokojową Nagrodę Nobla.
Czy widzicie Państwo, jak historia kołem się toczy?
Dziś sytuacja wygląda tak, że Niemcy są głównym oponentem przeciwstawiającym się jakiejkolwiek zmianie w postanowieniach tzw. Układu NATO-Rosja z 1997 r., który mówi o nierozmieszczaniu stałych znaczących sił natowskich w nowych państwach członkowskich Sojuszu.
Układ, de facto, po raz kolejny podzielił Europę na jej część rdzeniową, która jest zabezpieczona pełnymi gwarancjami ze strony NATO, oraz część peryferyjną, obejmującą znowu słowiańską Europę Środkowo-Wschodnią, która tych gwarancji jest pozbawiona. Różnica sprowadza się do tego, że na terytorium Polski i innych państw naszego regionu, w przeciwieństwie do zachodu kontynentu nie ma znaczącej natowskiej infrastruktury krytycznej. To właśnie z tego wynika, że Polska tak bardzo zabiega o stałą obecność wojsk amerykańskich na naszym terytorium. Amerykanie stacjonują tu bowiem formalnie jako USA, a nie NATO!
W roku 2016 udało się rządom prawicy podczas szczytu NATO w Warszawie nieco przełamać impas i z pomocą Amerykanów doprowadzić do utworzenia w ramach NATO tzw. inicjatywy Enhanced Forwad Presence (Wzmocniona Wysunięta Obecność), co oczywiście nie spotkało się z entuzjazmem ani ze strony Rosji (co zrozumiałe), ani Niemiec (co jest zrozumiałe jedynie dla tych, co rozumieją fundamenty polityki międzynarodowej tego kraju). Formuła ta jednak nadal – zgodnie z duchem 1997 roku zakładała jedynie rotacyjną obecność oddziałów NATO w krajach naszego regionu.
Niemcy, co prawda, zgodziły się przystąpić do tej inicjatywy na zasadzie wzmocnienia obrony państw bałtyckich, przede wszystkim Litwy (która z powodów historycznych nie jest zainteresowana obecnością Wojska Polskiego na swoim terytorium), lecz jak dotąd Niemcom udało się na Litwę wysłać jedynie ok. 1000 żołnierzy i dopiero w lipcu b.r. niemiecki minister obrony Pistorius „złożył obietnicę” zwiększenia tej liczby do ok. 4000 żołnierzy.
Kluczowe jednak jest, czy Niemcy dotrzymają złożonej przez Pistoriusa obietnicy i urządzą swoją brygadę na Litwie na zasadzie obecności permanentnej, czy rotacyjnej. Pistorius bowiem wspomniał o obecności „żołnierzy niemieckich wraz z rodzinami” – co jest sygnałem, że chodzi o obecność stałą a nie rotacyjną.
Litwa natychmiast odpowiedziała Niemcom o gotowości wybudowania trzech „miasteczek wojskowych” dla żołnierzy Bundeswehry (każde dla jednostki wielkości batalionu), niemniej żadne z nich nie zaczęło jeszcze powstawać, chociaż Litwini zarzekają się ze wszystko będzie gotowe już w 2026 r.
Sęk jednak w tym, że wypowiedź Pistoriusa padła niejako poza jakimikolwiek ustaleniami NATO, co pozostawia spore wątpliwości co do charakteru tej „wysuniętej obecności”. Po pierwsze – w sposób niezbyt szczęśliwy obserwujemy tu uzależnienie tego, co się dzieje w wymiarze polityki realnej od dobrej woli Niemiec, które jednoosobowo podejmują takie decyzje, jakie akurat im pasują, poczas gdy inne państwa NATO niejako dostosowują się do ich woli. Po drugie zaś, inne wypowiedzi urzędników niemieckich sygnalizują, że owa „stała obecność” miałaby zakończyć się wraz z wygaśnięciem wojny w Ukrainie, czyli właśnie nie miałaby być stała w takim sensie, w jakim życzyliby sobie Litwini, ale właśnie w sensie warunkowym, czyli tak, jak życzą sobie Niemcy.
Widzimy zatem jak bardzo „duch Locarno” stale ciąży nad Polską i innymi krajami Europy Środkowo-Wschodniej. Tzw. kolektywny Zachód nader chętnie widzi nasz region jako poniekąd obszar wewnętrzny polityki Berlina, a USA angażują się tu jedynie na tyle, ile uważają za absolutnie konieczne. Polityka administracji prezydenta Bidena bardzo wyraźnie to potwierdza. Zarazem – Niemcy zawsze działają tak, że pozycja krajów naszego regionu jest uzależniona od stanu stosunków niemiecko-rosyjskich i może być podwyższana lub obniżana jak dla Berlina akurat wygodnie. Niemcy nauczyły się w sposób perfekcyjny wykorzystywać różne historyczne animozje między krajami „Międzymorza” oraz ich przeróżne ambicje i niedomagania, dzięki czemu umiejętnie prowadzą tu konsekwentną politykę metodą „dziel i rządź”.
O tej mistrzowskiej grze niech świadczy ich polityka wobec Węgier, gdzie z jednej strony Niemcy prowadzą stały nacisk na Budapeszt podgryzając pozycję Węgier w Unii Europejskiej, lecz zarazem – w sposób nadzwyczajny rozwijają z tym krajem współpracę wojskową budując tam nowoczesne fabryki uzbrojenia i dostarczając najnowsze czołgi – tylko po to, aby stworzyć w regionie dyspozycyjną przeciwwagę dla szybko rosnącej armii polskiej i móc w przyszłości występować jako konieczny mediator na Ukrainie…
Zostaw komentarz