Gdzieś zapodziała się mi książeczka wojskowa, ale kołacze mi w głowie  – 22 maja 1963 roku jako dzień, w którym przekroczyłem w Bartoszycach bramę i wartownię koszar  ” Pod koniem”  -75 pułku piechoty zmechanizowanej. Miałem wtedy dwadzieścia niespełna lat i nigdy wcześniej nie znajdowałem się w bardziej opresyjnej sytuacji. Dzisiaj po latach dumą napawa mnie to, że kilka lat po mnie później do tych samych koszar, a nawet do tego samego budynku, w którym kwaterowała moja 5  kompania, trafił, wzięty z seminarium w kamasze błogosławiony  ks. Jerzy Popiełuszko.

A w wojsku wiodło mi się fatalnie od samego początku głównie przez moje dobre wychowanie, które dyktowało grzeczne pozdrawianie dzień dobry, każdego wyższego ode mnie rangą, a byli nimi przecież wszyscy. Doprowadzałem tym sierżantów, plutonowych, kaprali do wściekłości, byli bowiem przekonani, że sobie z nich drwię. Ja zaś byłem w kropce, nie nauczono mnie jeszcze wtedy salutować, a przecież w jakiś sposób powinienem napotkanemu przełożonemu okazać szacunek. Po terenie koszar żołnierze poruszali się biegiem, a ci, co już mieli prawo do salutowania, oddawali go, zmieniając bieg, na 5 metrów przed obiektem, który się salutowało na krok defiladowy.

A ja się po prostu zatrzymywałem i z niewinną miną mówiłem dzień dobry.  W związku, z czym kategorycznie zabroniono mi opuszczać  miejsce zakwaterowania.

Służbę   wojskową  w Bartoszycach wspominają  liczne pokolenia kapłanów. Była to ewidentna represja  komunistycznej władzy,  stosowana wobec  Kościoła  Katolickiego, –  klerycy byli powoływani wybiórczo do dwuletniej służby wojskowej w celu obniżenia liczby powołań kapłańskich, jednak  owa służba  okazała się   dla wielu kleryków  nie tylko próbą charakteru, ale przede wszystkim sprawdzianem siły własnej wiary.

W sporządzanie listy poborowych była zaangażowana Wojskowa Komenda Uzupełnień, Służba Bezpieczeństwa i inne instytucje. Często był to argument przetargowy w relacjach między państwem a Kościołem. Jeśli któryś z biskupów był niewygodny dla ówczesnej władzy, to karano go, powołując do służby wojskowej większą liczbę kleryków z diecezjalnego seminarium.

Początkowo kierowano  kleryków, przeważnie z pierwszego roku  seminarium  do różnych jednostek wojskowych. Często pełnili w nich odpowiedzialne funkcje, między innymi z tego względu, że mieli maturę, co nie było wówczas powszechne. Władze zauważyły, że klerycy mieli duży wpływ na pozostałych żołnierzy. Dawali dobry przykład. Oczekiwano natomiast, że będzie odwrotnie. Chodziło przecież o to, żeby inni żołnierze zmienili myślenie kleryka tak, by porzucił zamiar służenia Bogu.

Dlatego zdecydowano się powołać jednostki kleryckie, w których 50% żołnierzy stanowili alumni seminariów, a 50% ich rówieśnicy, też  ze średnim wykształceniem. Ponad dwudziestoletni eksperyment władz komunistycznych powoływania  kleryków  do służby wojskowej zakończył się całkowitym niepowodzeniem. Niewyszukane i prymitywne metody indoktrynacji tylko w niewielu przypadkach odniosły sukces.