Świat powoli dochodzi do siebie po wczorajszym ujawnieniu zbrodni w Helenówce. Przedstawiciel Sekretarza Generalnego ONZ złożył wyrazy potępienia. Organizacja Narodów Zjednoczonych wyraziła chęć wysłania do Helenówki specjalnej komisji. Pod warunkiem, że zgodzą się obie strony.

Zaczyna się dobrze nam znany taniec. O co zakład, że Rosja nie wyrazi zgody i uzna takie żądanie za niedopuszczalne? Katyń, Smoleńsk, MH-17 – za każdym razem to samo: „to nie my, a próba sprawdzenia tego jest podłością, jakiej nie znała historia ludzkości”.

Jednocześnie ambasada Rosji w Wlk. Brytanii opublikowała tweeta, w którym wzywa do mordowania azowców. Tweet ten rozbija rosyjską narrację. Natomiast przedstawiciel Rosji na wiedeńskie rozmowy rozbrojeniowe wyraził żal, że w Rosji nie ma stalinowskiego systemu likwidacji wrogów (tzw. trójki).
Międzynarodowy Czerwony Krzyż wyraził chęć wysłania do Helenówki swoich przedstawicieli, żeby objąć opieką ocalałych. No lepiej późno, niż wcale.

Moskale brną dalej i opublikowali w telewizji wywiad z rzekomo wziętym do niewoli rzekomo żołnierzem ukraińskim, który rzekomo przeżył wybuch. Tenże stwierdził, że przed wybuchem słyszał odgłos nadlatującego HIMARSA. Pomijając, że HIMARS to system wyrzutni, a nie rakieta. Do systemów HIMARS i MLRS używa się tych samych rakiet, różnica w ilości prowadnic, podwoziu i sposobie działania samej wyrzutni. Ale to szczegół. Istotniejsze jest co innego. Jeniec ten miał być wzięty do niewoli w Mariupolu. Na długo zanim na Ukrainę trafiły systemy HIMARS. A gdyby nawet, to rejon Helenówki nie był ostrzeliwany rakietami, więc nie miał prawa znać odgłosu nadlatującego pocisku. Żołnierze ukraińscy słyszą te rakiety tylko w fazie startu.
Propagandyści znowu przedobrzyli. Chcieli, żeby padło słowo HIMARS i zrobili tak, że wypowiedź jest niewiarygodna.

Okazało się też, że pokazywane w materiałach rosyjskiej telewizji zdjęcia fragmentów rakiet do systemów HIMARS występowały wcześniej przy okazji ostrzału obiektów cywilnych na Zaporożu.

Były zastępca Pułku Azow zapowiedział dopadnięcie każdego, od szeregowca do generała, zamieszanego w tę zbrodnię.
Brawo!
Przy okazji, utrzymywanie obozu jenieckiego tak blisko linii frontu samo w sobie jest zbrodnią wojenną.

Odpowiedzią Ukraińców, jak już pisałem, jest furia ostrzału rosyjskich obiektów strategicznych. Ale i w żołnierzy wstąpił nowy duch. W przeciwieństwie do ducha Rosjan, który upada coraz niżej.
Pod Chersoniem Ukraińcy idą prawie wszędzie naprzód z wyjątkiem Aleksandrówki, gdzie im nie poszło. Rosyjscy bojcy zaś doszli do etapu przebierania się w cywilne ubrania, żeby uciec. Dezerterzy krążą po wsiach w poszukiwaniu ubrań i jedzenia. Gania za nimi specjalny oddział rosyjski, ale mając do wyboru pewną śmierć na linii frontu i jakąś szansę przeżycia podczas ucieczki, wielu wybiera to drugie.

Zbombardowane zostało stanowisko dowodzenia jednej z moskiewskich brygad. Po tym wydarzeniu bojcy stwierdzili, że mają w nosie i nie atakują.

Kierunek Chersoński pod komendę wziął ponoć osobiście Putin, przekonany, że sukcesy w Donbasie były wynikiem jego militarnego geniuszu. Nie, były skutkiem ogarnięcia oficerów średniego szczebla dowodzenia, którzy pod Popasną, a potem pod Lysyczańskiem zastosowali walkę manewrową, zmuszając Ukraińców do wycofania się z dobrze przygotowanych, ale zagrożonych odcięciem stanowisk. Po tych sukcesach ich autorzy gdzieś znikli (zostali skierowani na inne, równie ważne odcinki?), żeby swoim ogarnięciem nie kompromitowali kolegów i przełożonych. Wynik mamy, natarcie w Donbasie utknęło.
Teraz tymi samymi, równie nieskutecznymi metodami będzie zdobywany Mikołajów, Odessa i Krzywy Róg. Rosjanie pakują na ten kierunek masę sprzętu i ludzi, choć logistyka tutaj leży i kwiczy. Począwszy od samego przerzucenia wojsk na drugą stronę Dniepru (most kolejowy koło Antonówki nadal nie nadaje się do użytku), a skończywszy na magazynowaniu amunicji oraz koncentracji wojsk. Na odcinku chersońskim w zasadzie jest równowaga artyleryjska i przewaga lotnictwa ukraińskiego (rosyjskie tu prawie nie lata). Do tego bardzo aktywna partyzantka tu i na bezpośrednim zapleczu w rejonie Melitopola. Większość (około 90%) mieszkańców opowiada się za Ukrainą, po rosyjskie paszporty mimo zachęt zgłasza się niewielu. Do tego już zdemaskowana i skompromitowana piąta kolumna.
To nie Donbas, gdzie Moskale mogli jednak liczyć na poparcie jakichś 30% ludności, a wspierali ich przedstawiciele lokalnej władzy ukraińskiej.
Do tego kwestie strategiczne. W Donbasie mimo wszystkich błędów Rosjanie szli koncentrycznie po kolei odcinając broniące się rejony. Pod Chersoniem jest odwrotnie: to Ukraińcy działają koncentrycznie, a Rosjanie chcąc uderzać na dwa kierunki: Mikołajów i Krzywy Róg, muszą podzielić siły. A pomiędzy oboma kierunkami jest ukraiński przyczółek inhulecki koło Dawidów Brodu.
Jeśli Rosjanie spróbują swojej ulubionej „taktyki” walca ogniowego i szarańczy, to ich artyleria szybko zostanie uciszona przez systemy HIMARS i MLRS (stąd prowokacja w Helenówce, żeby pozbawić Ukraińców tej przewagi). W dodatku Żaden atak nie ma szans powodzenia przy stale niszczonej logistyce i amunicji, z rozwiniętą partyzantką na zapleczu (Ukraińcy nazywają chersoński ruch oporu Ruchem Żółtej Wstążki).
Warto też pamiętać, że i Mikołajów, i Krzywy Róg są ufortyfikowane.
Moskwa pojęła, że kierunek chersoński jest kluczowy, ale za późno i niewiele może tu zrobić.

W dodatku pakując wojsko i sprzęt pod Chersoń Moskwa ogołaca pozostałe odcinki (z Donbasu podobno ponad 1000 ludzi), czyli wracamy do tego, co było na początku: do zdobycia i utrzymania jest za dużo jak na możliwości armii rosyjskiej. Nie jest ona w stanie ogarnąć całości. I nawet cicha mobilizacja (bataliony obecnie formują zakłady pracy) tego nie zmieni. Nawet milion bojców bez amunicji, wsparcia artylerii i lotnictwa oraz czołgów przeciw nowoczesnej broni nic nie zdziała. To nie jest rok 1943.

Na pozostałych odcinkach nadal bez poważnych zmian, choć intensywność rosyjskich ataków wzrosła. Nie przynoszą one skutków. Przeciwnie, Ukraińcom udaje się nie tylko skutecznie bronić, ale i kontratakować. Cóż, jeden atak tysiąca ludzi ma większy potencjał, niż dziesięć ataków stu ludzi. Niby intensywność wzrosła, ale faktyczna siła uderzeń zmalała. Rosja więc wytraca swoje kolejne oddziały na mało znaczące kierunki, licząc, że w ten sposób odwrócą uwagę SZU od szykowanego ataku pod Chersoniem.
Partyzanci ukraińscy wyłączyli dziś kolej w miejscowości Swatowe na Ługańszczyźnie i w Komysz-Zorii na linii prowadzącej z Krymu do Chersonia.
Pod Mariupolem ruch oporu podpalił pola, żeby zboża nie zebrali Rosjanie. Przypadkowo wiatr pognał rozszerzający się pożar prosto na rosyjskie bazy.

Z kolei w Doniecku na ulicach pojawiły się posowieckie miny przeciwpiechotne Butterfly. Wieczorem Rosjanie rozminowali teren jeżdżąc po nich czołgami. Przypadkowo były rozrzucone tak, żeby czołgi nie miały problemu z wjazdem.

Azerbejdżan szykuje się na inwazję armeńsko-rosyjską. Rano na granicy w spornym regionie Górnego Karabachu doszło do wymiany ognia.

W Libii prokuratura zatrzymała syryjski statek ze skradziony na Ukrainie zbożem. Statek nomen-omen nazywa się „Laodycea”. Jak występująca w Apokalipsie gmina chrześcijańska, której członkowie odeszli od prawdziwej wiary dla materialnego zysku.

W Moskwie ktoś na kilkanaście minut uruchomił syrenę alarmową. W Symferopolu na Krymie pojawiły się tabliczki prowadzące do najbliższego schronu.

Ze względu na trudną sytuację humanitarną w regionie donieckim Kijów nakazał przymusową ewakuację ludności przed sezonem grzewczym. Za to w Mariupolu, gdzie ludzie mieszkają na ulicach bez prądu, ogrzewania i gazu zorganizowano jednocześnie paradę pod czerwonymi sztandarami i procesję religijną (za te profanacje putinarchy Cyryla nawet w piekle nie będą chcieli).

Autor: Skipper