Dlaczego alianci bombardowali niemieckie miasta podczas II wojny światowej? Odpowiedź jest prosta do bólu. Otóż ówczesne środki techniczne uniemożliwiały precyzyjne bombardowanie.

Ocenia się, że w przypadku atakowania celów przemysłowych (np. fabryka) jedynie 25% bomb upadało w kole o promieniu… 2 km. Cała reszta lokowała się poza.

Musiano zatem stosować bombardowania dywanowe, bowiem taki atak gwarantował zniszczenie również ważnego celu.

Po wojnie jakość celowania zdecydowanie uległa poprawie. Już w latach 1960-tych w celu lądowało blisko 40% wystrzelonych pocisków.

To ogromny postęp. Historycy wojen morskich przypominają, że podczas największej bitwy morskiej wszech czasów (Jutlandia 1916) tylko 2,4% pocisków okazało się celnych. To oznacza, że np. SMS Seydlitz mógł trafić w cel góra 5 razy.

Na dodatek floty nie posiadające jeszcze radarów pogubiły się wzajemnie.

Technika jednak poszła do przodu i już nie dochodzi do takich sytuacji, że startujący w nocy bombowiec niemiecki z okupowanych terenów Belgii zwyczajnie nie potrafi odnaleźć celu, jakim był… Londyn. A przecież bywało tak jeszcze w 1917 roku.

Jak wygląda współczesny atak precyzyjny pokazali Amerykanie w Iraku podczas „Pustynnej Burzy”.

Od tego czasu dokładność trafienia w cel osiągnęła niespotykaną jakość. Oto jedna z najnowocześniejszych na świecie haubic, polski KRAB, strzelając do celu znajdującego się w odległości 40 km trafia z dokładnością do 2 m. Na taką odległość podczas II wojny światowej donosiły działa okrętowe największych kalibrów (356-406 mm). I to nie wszystkie. Jako ze było to już poza granicą obserwacji trafienie w cel było dość mało prawdopodobne.

Tymczasem Krab jest uzbrojony w działo o kal. 155 mm, rozpowszechnionym podczas drugiej wojny przez Amerykanów.

Praktycznie armat, będących rozwinięciem sprzętu używanego podczas ostatniej światowej zawieruchy, polska armia w praktyce już nie posiada. To generalnie odróżnia NATO od Rosji.

Ta bowiem używa ciągle broń odziedziczoną po Breżniewie, a nawet Chruszczowie.

Próby wmówienia postronnym, że mądry Putin chce pozbyć się zalegającego arsenały socjalistycznego jeszcze złomu nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością.

Te wszystkie „kindżały” czy „armaty” imponować mogą jedynie na papierze. Bo jeśli chodzi o te pierwsze, zrobiono ich do tej pory raptem kilkadziesiąt sztuk. Z kolei czołg T-14 (Armata) wygląda imponująco tylko na defiladzie. W istocie bowiem ciągle nie dopracowano układu kierowania ogniem, co generalnie powoduje, że na razie T-14 jest tylko ciut bardziej rozrośniętym T-72. Za to kilka razy droższym. No i po 7 latach „produkcji” ruska armia ma tego coś koło 20 sztuk.

Zwolennicy ruskiego mira pieją z zachwytu nad sprawnością ekonomiczną współczesnej Rosji, jakoby dysponującej nieograniczonymi wręcz środkami. Zupełnie tak, jakby w Moskwie nie było oligarchów, gotowych przejąć każdą nadwyżkę. Zupełnie tak, jakby Rosja nie była tworem przesiąkniętym powszechnym złodziejstwem na każdym szczeblu.

Istnieje wszak wiele wiarygodnych świadectw, że nawet szykujące się do ataku na Ukrainę wojska zamieniały co się da na wódkę, wyprzedając okolicznym mieszkańcom paliwo itd.

Im wyżej, tym więcej. Obwinianie o falę pożarów, jaka w pewnym momencie zaczęła przetaczać się po wojskowych magazynach paliw putinowskich sołdatów, ukraińskich dywersantów nie wytrzymuje krytyki. O wiele bardziej logicznym wytłumaczeniem jest to, że w ten sposób likwidowano niedobory. Pożar 100 tys. litrów paliwa wygląda podobnie jak pożar 40 tys.

No i pozwala wielu osobom spać spokojnie…

Rozkradzione bogactwo Rosji widać m.in. w jachtach oligarchów, często droższych niż chluba czarnomorskiej floty krążownik Moskwa. Obecnie na dnie, jeśli ktoś zapomniał.

Uzbrojenie nowoczesne ruscy zwyczajnie już wystrzelali. Pamiętamy wszak, że pociski manewrujące kosztują więcej, niż egzemplarz MiG-23 i to pod warunkiem, że jest nowy.

Odtworzenie zapasów wymaga kilku lat pokoju. No i zniesienia sankcji, bo jak widać po czołgu T-14 bez francuskich części nie da się uruchomić nawet śladowej produkcji.

Ba, nawet tak prozaiczne części, bez których jednak nie funkcjonuje żaden czołg, samochód, samolot, okręt a nawet… wózek golfowy czyli łożyska toczne, nie są w Rosji wytwarzane.

Nic dziwnego, że armia Putasa sięgnęła po zapasy. I mamy efekty. Pocisk przeciwokrętowy można wystrzelić również na cel lądowy. Tyle tylko, że może trafić niedokładnie tam, gdzie chciał operator. I zamiast w czołg trafi w szpital albo szkołę, czasem odległe nawet o kilka kilometrów.

Skonstruowany jeszcze w latach 1950-tych przeciwokrętowy pocisk Raduga Ch-22 (w naszych publikatorach okr4eślany jako X-22 bez słowa wyjaśnienia, że X to ruska bukwa, czyli polskie ch) to jedna z najpotężniejszych posowieckich broni.

Ważąca blisko 6 ton niespełna 12-metrowa rakieta leci z prędkością 6000 km/h na odległość 500 km. Pierwotnie miała być stosowana przeciw amerykańskim lotniskowcom. Na Ukrainie natomiast zaatakowana nimi była Odessa. Efekty znamy…

Stąd bierze się rosyjska taktyka, rodem jeszcze z II wojny światowej. Ostrzał i bombardowanie miast, niszczenie cywilnych budynków okraszone opowieściami o „precyzyjnych” atakach.

Tylko, u Putina czy innymi diabła, czym mieli by to robić???

Stara artyleria, stare rakiety, wreszcie stareńkie czołgi, które zamiast obowiązującej jeszcze w latach 1980-tych doktryny miały być używane w drugim, czy nawet trzecim rzucie z braku następców wypchnięte zostały do pierwszej linii. Nic dziwnego, że dla załóg stają się trumnami, często jeszcze podczas przemarszu na linię frontu.

Stan wojsk rakietowych* stawia pod znakiem zapytania możliwość ataku jądrowego tej „drugiej armii świata”. Pomijając już bezsporny fakt odziedziczenia po Sowietach ogromnej części posiadanych głowic pytać należy o stan mających je przenieść w dal rakiet.

Bo z tego, że czasem coś udaje się wystrzelić nie wynika, że taka sprawność dotyczy całego arsenału.

Nie znam się na technice rakietowej, szczególnie współczesnej, ale nie wyobrażam sobie, by z tej masy kabli, tranzystorów, lamp itd., z których składa się centrum kierowania ogniem konkretnej baterii pomysłowy Sasza czy Wania nie dał rady wymontować czegoś, co nie dałoby się później korzystnie wymienić na wódkę. A że system nie będzie działał? A ch.. z nim!

Pomijam już handel głowicami. Co prawda na razie jest to domena raczej sensacyjnych filmów, ale przykład Twin Towers dowodzi, że realne życie potrafi prześcignąć każdą fantazję.

Może się zatem okazać, że realnie potencjał atomowy Rosji jest na poziomie Izraela. I to z tendencją spadkową.

Tak naprawdę nie wiemy za wiele, jeśli cokolwiek poza przekazem propagandowym. Być może wywiady wielkich mocarstw przeniknęły już dawno mocno skrywane ruskie tajemnice i stąd bierze się kompletne ignorowanie wrzasków Putina przez USA i Wielką Brytanię. Nie chcą tylko ich publicznie ujawnić z obawy przed destabilizacją świata. Wszak łatwo wyobrazić sobie, że Polska wtedy sięgnie po Królewiec, zaś wespół z Litwą i Ukrainą po Smoleńsk. I na kolejne lata zainstalujemy naszą załogę na Kremlu. Turcja też co nieco uszczknie, Chiny i Japonia…

Byłbym zapomniał o Austrii, która zapewne zażąda zwrotu Ziemi Franciszka Józefa, skąd kontrolować będzie Archangielsk. ;)

Ale w Waszyngtonie najwyraźniej uznali, że lepiej mieć za sąsiada (przez cieśninę Beringa) chorego człowieka współczesnego świata Rosję, niż prężnie rozwijające się Chiny.

Tymczasem wojna, ukrywana eufemistycznie przed Narodem Rosyjskim jako specjalna operacja wojskowa trwa w najlepsze.

Czym są karmieni Rosjanie? Oto mała próbka:

Armia ukraińska ponosi ogromne straty, niewyszkolonych rezerwistów rzuca się do boju, a zwykli oficerowie wolą siedzieć z tyłu.

I tylko jakoś żaden ruski nie waży się zadać pytania – z kim wobec tego walczymy? Skoro giną tak już pół roku i ciągle walczą, to wojnę prowadzimy chyba z Chinami, a nie z niespełna 40-milionowym krajem! Gdyby to była prawda, już dawno na Ukrainie brakłoby chętnych do noszenia broni.

Poza tym daje o sobie znać poczucie bycia lepszym, jakie towarzyszy Rosjanom gdzieś tak od czasów carycy Katarzyny II, nawiasem mówiąc Niemki.

Jednak dzisiaj ukraińscy bojownicy zdali sobie sprawę ze swojej bezkarności i postanowili podnieść stawkę do granic możliwości – zaaranżowali krwawy terror w sercu Rosji.

Zabijanie niewinnych ukraińskich dzieci, kobiet i starców, co nagminnie towarzyszy ruskiej specjalnej operacji wojskowej to po prostu denazyfikacjadebanderyzacja Ukrainy. Natomiast śmierć córki kremlowskiego ideologa to „krwawy terror”.

Zaiste, zdumiewająca optyka.

To jednak pokazuje ogrom zadania, jakie czeka przed wolnym światem. Nie wystarczy samo lanie, jakie „druga armia świata” ponosi na Ukrainie. Nie wystarczą sankcje. Ba, nawet odejście Putina czy to w wyniku zamachu, czy też wskutek nagle wykrytej choroby to za mało.

Przeciętny Rosjanin musi jeszcze dostać kopa w d… na tyle mocnego, by znowu zaczął używać mózgu.

25.08 2022

* Dwie do trzech rakiet na dziesięć w ogóle nie odpala, dwie kolejne mają problemy techniczne, następne dwie lub trzy nie trafiają w cel, nawet gdy dotrą do obiektu.

https://wiadomosci.onet.pl/swiat/rosja-walczy-w-ukrainie-sowieckim-arsenalem-oto-najwieksze-problemy-tej-armii/hbl24v6

fot. pixabay