Czytam i czytam wciąż te deklaracje powtarzające inteligenckie frazesy o naturze liberalnej demokracji i – niestety – konkluduję, że te czasy bezpowrotnie minęły.
Lewica na całym świecie, kiedy jest u władzy, bezpardonowo wdraża radykalne programy zmiany społecznej za każdym razem posiłkując się akceptacją elit, które szermują uniwersalistycznie rozumianymi racjami. Wobec oponentów stosuje się „kulturę wykluczania” (cancel culture), implementowaną jako zabezpieczenie debaty publicznej przed głosami radykalnymi, nawołującymi do przemocy i nienawiści. Za każdym razem jednak są to nieomal wyłącznie głosy prawej strony. Lewica tak szybko przesuwa „okno Overtona”, że prawica notorycznie zostaje ze swoimi poglądami „na spalonym”, gdyż media prowadzące w „liberalnych demokracjach” debatę publiczną są nagminnie światopoglądowo progresywne.
Kultura wykluczania jest eufemizmem określającym nie mniej, nie więcej, ale właśnie niszczenie ludzi. Doprowadzanie do ich „śmierci cywilnej”. W ramach liberalnej debaty możemy bez trudu odnaleźć zgodne z duchem „represyjnej tolerancji” uzasadnienia polityki wykluczania, jako właściwej a nawet koniecznej dla zapewnienia „praworządności” systemu. Dyskusja toczy się właściwie na temat skali i dotkliwości represji, jakim należy poddać „nieprawomyślnych”. Przede wszystkim, czy można im zostawić prawo do pokuty. Ta, w postaci sesji prania mózgów, czyli „kursów poszanowania różnorodności i walki z dyskryminacją” prowadzonych przez oficerów politycznych progresywizmu mogłaby być jakimś „nowym początkiem” dla heretyków, ale – umówmy się – nie ma tutaj zgody. Wśród postępowców bowiem wciąż równie popularny jest pogląd, że „semel hereticus, semper hereticus” czyli, że kto raz zszedł ze ścieżki postępu, już nigdy tak naprawdę w czystości serca na nią nie wróci…
Zatem diatryby redaktorów „Rzeczypospolitej” (czytaj), że słowa prezesa PiS „niweczą” dorobek prawicy można między bajki włożyć. To pic i fotomontaż, eksponujący jedną stronę przy pominięciu drugiej.
Słowa Jarosława Kaczyńskiego są po prostu przyznaniem, że mamy w Polsce polaryzację tak głęboką, że nie ma tu żadnej mowy o jakimś kompromisie. Opozycja mówi wprost, że jak tylko przejmie władzę, to „całą tę zgraję zapakuje do pierdla” i zrobi takie porządki, że „konserwosom” się świat na głowę zawali.
Dlaczego zatem prawica miałaby udawać milusią? Prezes PiS powiedział to, co wszyscy wiemy: to jest wojna o przyszłość kraju, o polskie być albo nie być w ramach takiego rozumienia państwowości, jakie przyświecało pokoleniom o naszą narodową niepodległość walczącym przez prawie trzy stulecia. Jak powiedział klasyk: „Wersalu już tu nie będzie”. Odkąd debatę publiczną po stronie Opozycji przejął „Ruch Ośmiu Gwiazd” o żadnym kompromisie nie ma mowy. Liczy się już wyłącznie to, kto kogo „wypierdoli”.
Dlatego prezesowi Kaczyńskiemu należą się słowa uznania, że przestał się krygować i stosować się do ustawionej przez przeciwnika narracji.
Bo to jest właśnie gra w „cancel culture” – w odcinanie od wpływu na instytucje. Lewica gra w nią już od dawna – montując koterie zawłaszczające życie kulturalne i przekształcające instytucje kultury w czerwone wehikuły „zmiany społecznej”, w „kolektywy artystyczne na rzecz postępu”. Tutaj nie ma nawet żadnej ściemy: mamy tu otwarte deklaracje „walki z kapitalizmem” wpisane w dokumenty programowe. Mamy do czynienia z niczym innym jak z działalnością stricte polityczną prowadzaną jedynie dla niepoznaki za pomocą narzędzi artystycznych, zgodnie ze starą leninowską koncepcją – bez jakiejkolwiek problematyzacji, z jasno rozpisanymi czarnymi i białymi rolami, z „białym, patriarchalnym i chrześcijańskim” oprawcą i korowodem „mniejszości” w roli ofiary.
Opozycja burzy się, że to, co w zamian serwuje prawica, to „do wyrzygania” kult papieża-Polaka, żołnierzy wyklętych i jakoś anachronicznie rozumianego patriotyzmu a w ramach protestu najważniejsza instytucja teatralna Warszawy instaluje „złotą waginę”.
Wygenerowana tak dynamika jest banalnie prosta. Odkąd lewicowy aktywizm uznał subwersję za najlepsze lekarstwo przeciw „reakcjonizmowi”, to masz co chciałeś – Grzegorzu Dyndało… Reakcją na krzyczących „wypierdalać” jest jeszcze większy tłum krzyczący „wypierdalać w chuj” na tych, co krzyczą „wypierdalać” bezadresowo.
Autor: Zbigniew Szczęsny
Prawicowy ateista. Zwolennik proatomowej strategii wychodzenia z paliw kopalnych. Polityczny (sur)realista tęskniący za „Międzymorzem” jako suwerennym biegunem siły między Rosją a Zachodem. Żyję z programowania. Publicystyką zajmuję się w czasie wolnym nie mogąc znaleźć sobie miejsca w świecie rozdrapywanym przez skrajności.
Zostaw komentarz