No i własnoręcznie przystosowałem prysznic dla kaleki. Czyli dla siebie.

Pobyt w szpitalu na Barskiej w Warszawie wspominam miło. Fajni lekarze i pielęgniarki. Zrobiono wszystkie badania włącznie z tomografią głowy. Kimając w poczekalni na ostrym dyżurze od 2 do 7 nad ranem poniekąd czułem się jakbym spał na Bałkanach, na dworcu kolejowym. Po siódmej rano pielęgniarka wybudziłą mnie mówiąc, że właśnie przyszedł ordynator a ja wyglądam trochę na bezdomnego. I że to głupio wygląda. Doceniając jej szczerość, postanowiłem wówczas jakoś doczołgać się do najbliższego komisariatu w celu złożenia zeznań dotyczących napaści na mnie. Uszedłem jakieś 50 metrów i runąłem na chodnik jak kłoda. Parę kobiet próbowało mnie podnieść, ale ostrzegłem, że mam 120 kg masy i nawet jeśli w trzy osoby zechcą to czynić, to może być trudne.
W tym momencie miałem w pamięci jednego ze znamienitych profesorów, który na ważnej konferencji politologicznej w lutym wywrócił się na trawniku bez możliwości powstania o własnych siłach. Jedna z miejscowych studentek o wadze maks. 50 kg. próbowała go podnieść. Zluzowałem ją i co prawda udało mi się, to przez miesiąc miałem zwichniętny prawy nadgarstek i witając się z waznymi i mniej ważnymi osobami za każdym razem odczuwałem ból.
Życie naukowca to nieustanna przygoda, dużo nowych miejsc, ludzi, zdarzeń, sytuacji. Gdybym pracował przy taśmie produkcyjnej od 7.00 do 15.00 byłbym na pewno zdrowszym człowiekiem. Nienormowany czas pracy też nie stabilizuje życiowo i egzystencjalnie. A tak, wciąż są jakieś niespodzianki.
Zostaw komentarz