Urodziłem się bez skrzydeł. Bardzo jednak chciałem je mieć aby wznieść się ponad swoją biedę i beznadziejność. W końcu zaczęły one wyrastać z moich pleców. Początkowo czułem się tym onieśmielony i lekko – paradoksalnie – poirytowany. Zwłaszcza w kolejce po chleb w piekarni Bethlejem, gdzie jest mało miejsca na mijanie się ludzi. Te moje skrzydła często komuś przeszkadzały. – Po co ci te skrzydła? – pytali ludzie nieskrzydlaci. Z jakby pogardą i powątpiewaniem. Nie odpowiadałem im wierząc w to, że im kiedyś też skrzydła wyrosną.

Ja chciałem jednak latać, bo tylko w lataniu odkrywałem sam siebie. I tak latałem każdego dnia. Dużo latałem, bo skoro skrzydła urosły… Latając widziałem wszystko w odpowiedniej proporcjach. Mali ludzie byli jeszcze mniejsi, a ci wielcy – znaczący znikali z pola widzenia. Bo za wielcy byli, nawet z lotu ptaka.

Lecąc nad ulicą Fredry lotem skośnym widziałem tylko otwarte wrota baru Skoczek. I tam na początek zlądowałem.