W mediach toczy się dyskusja na temat koncepcji samodzielnej operacji obronnej z 2011 roku – MON odtajnił dokument dziś historyczny, dawno nieaktualny, ale pokazujący jak wyglądałaby obrona Polski, gdyby wtedy doszło do agresji – planowano obronę na linii Wisły.
Przeciwnicy obecnie rządzących, broniący autorów ujawnionego dokumentu, zapewniają, że ta Wisła to był tylko jeden z wariantów planowanej obrony i wcale nie zamierzano oddawać połowy Polski agresorowi. Kiedy jednak obejrzymy jaki był stan sił zbrojnych RP w czasach rządów PO-PSL – ministrami i wiceministrami obrony byli politycy obu ugrupowań więc odpowiedzialność spada na obu koalicjantów – trudno uwierzyć, że można było stworzyć jakieś inne warianty obrony, tj. bronić kraju już na granicy. Do tego nie było po prostu sił – między bajki można włożyć te opowieści o istniejących jakichś innych wariantach.
Do tego należy pamiętać, że w tamtych latach wsparcie NATO, zakładając, że wszyscy nasi sojusznicy zdecydowaliby Polskę wesprzeć wojskowo, nadeszłoby, bardzo optymistycznie oceniając, po dwu-trzech miesiącach, czyli do tego czasu w Polsce agresor już byłby pewnie daleko na zachód od tej mitycznej linii obrony na Wiśle i Wieprzu.
Nieuczciwe są też próby obciążenia odpowiedzialnością za ten „wiślany” wariant obrony prezydenta Lecha Kaczyńskiego, bo – tak tłumaczy się Donald Tusk – prezydent zatwierdził strategię bezpieczeństwa i na podstawie której powstał rzekomo ten plan. Pan obrony został przyjęty w 2011 r., czyli po tragicznej śmierci prezydenta Kaczyńskiego pod Smoleńskiem w 2010 roku.
Plan był zatwierdzony przez ministra obrony Bogdana Klicha, gdy prezydentem był Bronisława Komorowskij. Zapewne ówczesny prezydent, premier i minister obrony widzieli jakie plany samodzielnej obrony ma Polska, nie wiem czy wiedzieli, że ich wykonanie będzie oznaczać katastrofę całej Polski, nie tylko utratę połowy terytorium Rzeczpospolitej.
W sytuacji, gdy Rosja dopuściła się agresji na Gruzję w 2008 r., a następnie podjęła ogromny plan rozbudowy i modernizacji swojej armii redukowanie sił zbrojnych RP do 100 tys. żołnierzy było niewytłumaczalną skrajną nieodpowiedzialnością.
W 2015 roku było 3 dywizje (w tym jedna pancerna) rozmieszczone na terenach Polski zachodniej, nad Odrą i Bałtykiem. Jedyna dywizja, która mogłaby przeciwstawić się agresorowi od wschodu (1 dywizja zmechanizowana w Legionowie) została w 2011 r. zlikwidowana! Spośród istniejących kilkunastu brygad wojsk lądowych tylko trzy mogłyby wejść do walki w ciągu 1-2 tygodni. Osiem brygad potrzebowały na to 2-3 miesiące, dwie brygady mogły wyruszyć do walki po 4-5 miesiącach. Na najbardziej zagrożonym kierunku królewieckim Polska miała trzy brygady; dwie zmechanizowane z czasem gotowości 2-3 miesiące i jedną pancerną zdolną do walki po upływie 4-5 miesięcy (sic!) Od strony Białorusi w zasadzie nie było niczego, dopiero w Warszawie była brygada pancerna zdolna do działań po upływie 2-3 miesięcy.

Trudno wyobrazić sobie, aby ktoś wierzył, że takim siłami można będzie bronić się, a nawet obronić na linii Wisły. Byłaby więc raczej obrona na linii Odry i tp od niemieckiej strony zakładając, że jakieś siły polskie dałoby się tam wycofać, że nie uległyby one wcześniej całkowitemu zniszczeniu.
Autor: prof. Romuald Szeremietiew
Polski polityk, publicysta, doktor habilitowany nauk wojskowych, nauczyciel akademicki, m.in. profesor nadzwyczajny Akademii Obrony Narodowej i Akademii Sztuki Wojennej, poseł na Sejm III kadencji, były wiceminister i p.o. ministra obrony narodowej.
Zostaw komentarz