Nie muszę się wstydzić tego, że lubię urzędującego jeszcze premiera. A od wczoraj lubię go jeszcze bardziej, podwójnie. Zawsze żywiłem dużo sympatii do walecznych wojowników, takich, którzy walczą do końca, kierowani myślą nie klęsce, ale o zwycięstwie. Chociaż można mnie z tego tytułu, iż zakładałem w województwie opolskim Porozumienie Centrum zaliczyć do kapituły „zakonu”, którego przeorem od lat jest Jarosław Kaczyński, to z dużą niechęcią obserwowałem się panoszenie w jego otoczeniu Parteigenosse typu Adamczyk czy inni… zjednoczonych więcej, czy mniej chrześcijan. Morawiecki to co innego, ulepiony jest z autentycznego patriotycznego odziedziczonego po ojcu tworzywa, który jak … „jak Czarnecki do Poznania pod szwedzkim zaborem „, porzucił intratne banksterstwo i podjął się służby Najjaśniejszej. Motywacje jego są czytelne, to nasuwa mi wspomnienie sprzed trzydziestu paru lat kiedy to w miejscowości, w której wtedy mieszkałem byłem w podobnie trudnej sytuacji podczas wyborów pierwszego w demokratycznym państwie wójta i było na to stanowisko dwóch kandydatów. Moim przeciwnikiem był zasiedziały na urzędzie kierownika wydziału rolnego Urzędu Gminy, klasyczny przedstawiciel gminnej nomenklatury, który nawet już zakupił parę skrzynek wódki, żeby opić zwycięstwo z radnymi, którzy na niego zagłosują. Wtedy wybory wójta odbywały się w formie przedstawicielskiej, to znaczy – elektorami byli, wybrani dwa tygodnie wcześniej radni. Odbyły się cztery głosowania, wszystkie z rezultatem remisowym. Pół, na pół. Sytuacja była patowa, oba obozy niesłychanie zacietrzewione. Zarządzono dwutygodniową przerwę na ostudzenie emocji. Po wznowieniu wyborów złożyłem zobowiązanie, iż do zarządu, wtedy jeszcze władza wójta była kolegialna, zaproponuję moich najbardziej zaciekłych oponentów. Podałem nawet ich nazwiska, ale kiedy fama o czekających na radnych skrzynkach wódki do wypicia w przypadku zwycięstwa konkurenta stała się głośna , machnąłem ręką i myśląc, że już przegrałem i poszedłem do domu. Po godzinie jednak zbudziły mnie z drzemki entuzjastyczne okrzyki, zgromadzonych pod oknem moich zwolenników, którzy wołali, żebym wracał na obrady, bo wybrano mnie w 7 turze głosowania wójtem. Tamta strona przeprowadziła drobiazgowe śledztwo, próbując ustalić, kto się z ich grona wyłamał i zapewnił mi zwycięstwo przewagą jednego głosu. Nikt się nie przyznawał. Po latach jednak doszedłem do tego, kto to był i spytałem, co nim kierowało, że wtedy na mnie zagłosował? Ten szczerze odpowiedział, że zrobił to, bo był okropnie głodny i chciał jak najszybciej wrócić do domu na obiad, a przy tym krowa się mu cieliła. Szczęść Boże Panie Premierze!