Nie widzę większych szans na przedłużenie misji nowego rządu premiera Morawickiego poza dwutygodniowy termin przewidziany przez Konstytucję.

Oczywiście – nie jestem prorokiem, ale nie bardzo widzę, w jaki sposób premier miałby wyłowić ponad 30 posłów do poparcia swojego rządu.

Sęk w tym, że decyzja o zagłosowaniu za rządem Morawieckiego oznaczać będzie dla takiego posła wejście w ostry konflikt z kierownictwem własnej partii. To wydaje się proste, ale nie jest. Pozycja posła w regionie wyborczym nie jest bowiem do końca samodzielna a jest w znacznej mierze pochodną jego partyjnego umocowania. Mówiąc wprost – zbuntowany poseł, który zagłosował wbrew swojemu klubowi naraża się na trwałą marginalizację polityczną. Na taką decyzję stać na ogół jedynie ludzi, którzy są mocno niezależni finansowo – ludzi, którzy nie muszą się martwić o partyjne synekury. Ci nie są łasi na synekury. Zatem motywacja materialna będzie bardziej trafiała do posłów mniej niezależnych finansowo. Tak – Morawiecki może obiecać coś intratnego takim posłom już teraz, ale w parlamentarnych rachunkach liczy się też, co się stanie po kolejnych wyborach. Pan premier musi zatem takim posłom zarysować naprawdę wiarygodną i bardzo mocną perspektywę finansową, co nie jest łatwe, bo zazdrośników wszędzie pełno – nawet we własnych szeregach! Jak poczują się wieloletni wierni działacze PiS-u, jeśli jakiś „przybłęda”, tylko dlatego, że był Morawickiemu potrzebny do poparcia rządu otrzyma nagle gdzieś „fuchę” za grube pieniądze lub pozycję polityczną – większe niż on mógłby sobie nawet pomarzyć?

To na tym polega problem!

Pozycja premiera jest słaba. Nie mówimy o kilku głosach, ale o kilkudziesięciu. Nastąpić też może szybka eskalacja roszczeń. Nawet jeśli premier uzyska poparcie teraz, to będzie go potrzebował przy każdym kolejnym wotum nieufności a te będą częste, gdyż Opozycja ma własnego Marszałka Sejmu, który nie będzie przecież takich głosowań wstrzymywał! Posłowie, którzy go poparli mogą się przecież „obrócić” – to znowu tylko kwestia ceny…

Tak to jest – pozycja rządu „technicznego”, bez trwałego poparcia politycznego w Sejmie jest zawsze niepewna. Tymczasem wokół prawicy powstał prawdziwy „kordon sanitarny” oskrzydlający ją z obu stron. Kluczowa jest oczywiście postawa Konfederacji, która stale deklaruje brak woli współpracy, chociaż oczywiście nie wiemy do końca, czy jest to pozycja negocjacyjna, czy pryncypialna. Jednak komunikaty przewodnictwa Konfederacji nie wydają się dla premiera Morawieckiego optymistyczne.

Zadajmy pytanie – jaka właściwie mogłaby być cena, jaką PiS mógłby zapłacić za poparcie Konfederacji? Ponieważ jak dotąd w ogóle nie pojawiają się w obiegu medialnym żadne informacje, które mogłyby sugerować, że Konfederacji na czymś konkretnym tak zależy, że byłaby w stanie za to poprzeć rząd, to wydaje mi się, że Konfederacja po prostu nie jest jeszcze gotowa na takie rozwiązanie. Podobnie jak „Razem” jest formacją zbyt niedojrzałą, żeby już teraz ponosić ryzyko władzy. Otrzymana odpowiedzialność mogłaby tę partię rozsadzić od środka a Konfederacja czuje, że tak czy inaczej „jej rośnie”. Skoro wybory zapewniły jej stabilne finansowanie, to może spokojnie swoje poczekać konsolidując siły jako opozycja wobec każdej władzy. Kierownictwo „Konfederacji” dobrze wie, że sojusz z PiS może okazać się dla ich formacji zabójczy.

Typuję zatem: rząd dwutygodniowy. Czas pokaże, czy się pomyliłem.