Im bardziej cenzorskie są zapędy rządzącej Zachodem lewicy liberalnej, tym bardziej ludzie poszukują alternatywnych źródłeł informacji, które władza próbuje zniszczyć z coraz większą zawziętością.

Próba kontroli mowy przekształca się w próbę kontroli myśli – całego dyskursu publicznego, na straży którego ma stać wąska, zaufana elita cenzorów wyrażająca jedynie słuszny pogląd.

Oczywiście – wszystko dla naszego dobra i naszego bezpieczeństwa.

Elita sama decyduje co jest dla nas szczególnie niebezpieczne i jakoś tak jej zawsze wychodzi, że niebezpieczne są te treści, które interesują prawicę. W ten sposób też i sama prawica jest „niebezpieczna”.

Oczywiście, że jest „niebezpieczna” dla lewako-liberałów, bo coraz mocniej domaga się przebudowy maoizującego się systemu.

Dziwnym trafem te same środowiska, które domagały się uwolnienia Juliana Assange, który radośnie ujawniał tajne dokumenty USA, czym przyczynił się do likwidacji setek osób współpracujących z rządem amerykańskim w Syrii, Iraku i Afganistanie – dziś radośnie przyklaskują aresztowaniu założyciela portalu Telegram, Pawła Dwurowa. Przedziwnym sposobem myślenia, ten pierwszy dział na rzecz praw człowieka i dobra wszystkich ludzi, zaś ten drugi jest ramieniem FSB i działa przeciw demokracji.

Oczywiście – chodzi tu tylko i wyłącznie o jedno: jeden ujawniał treści zgodne z narracją lewako-liberałów, zaś ten drugi uczyił swój portal miejscem, gdzie mogła się wyrażać również ta „niebezpieczna” narracja prawicowa. Zasadniczo – te same zarzuty, co wobec Dwurowowa – są kierowane przeciw Elonowi Muskowi, który jednak jako obywatel amerykański stanowi trudniejszy orzech do zgryzienia.

Prawda tymczasem jest taka, że Rosja czy Chiny w takim samym stopniu wytwarzają korzystną dla nich narrację i wykorzystują wewnętrzne napięcia na Zachodzie, co Zachód wytwarza własną narrację i stara się podsycać wewnętrzne napięcia w Rosji, Chinach i wśród ich sojuszników. Kiedy na Zachodzie pisze się łzawe teksty o prześladowaniu Tybetańczyków, to Rosjanie piszą łzawe teksty o prześladowaniu „białych patriotów w Wielkiej Brytanii”. I jedni i drudzy są prześladowani, i jedni i drudzy dostają wysokie wyroki za bezdurno, i jedni i drudzy idą do więzienia za mniej czy bardziej głupi wpis w mediach społecznościowych, ale jednych lewica liberalna uczyniła świętymi za życia a drugich – wrogiem publicznym w krajach Zachodu.

Pokusa kontroli treści jest imperatywem każdej totalitarnej władzy. Każda totalitarna władza znajduje sto powodów, żeby uzasadnić daczego dane treści należy usuwać, dlaczego są „szczególnie niebezpieczne”. Każda totalitarna władza argumentuje, że najbardziej zależy jej na „spokoju publicznym” – gdyż on jest jakoby dobrem powszechnym. Zarazem – każda totalitarna władza pewne rodzaje niepokojów publicznych bardzo sobie szanuje – czyli te, które są wymierzone w jej przeciwników. Te są zawsze „zrozumiałe”, „wyrażają zdrowe nastawienie”, „wynikają z naturalnego sprzeciwu społecznego wobec wichrzycieli: faszystów, komunistów, itd.” – jak danej władzy wygodnie.

Wielomiesięczna rebelia #BlackLivesMatter, podczas której zdemolowano do cna centra wielu miast była takim właśnie „zdrowym” sprzeciwem, który – zdaniem mediów głównego nurtu – był „właściwie pokojowy”. Przywódcy tych protestów otrzymywali masowe wsparcie ze strony instytucji lewicy liberalnej i właściwie nikomu z nich nie spadł włos z głowy. Co bardziej płodni autorzy lewicowi tłumaczyli wręcz, że „grabież sklepów jest uzasadniona” i jakoś nikt ich nie posądzał o „podżeganie do niepokojów”. Vicky Osterweil był zapraszany(a) do mediów, gdzie mógł się swobodnie wywnętrzać, dlaczego taki rabunek jest samą esencją sprawiedliwości społecznej…

Tymczasem najmniejszy nawet tumult podczas demonstracji prawicowych urasta w tych mediach do rangi problemu wymagającego „natychmiastowej, ostrej reakcji” – jest sytuacją, której „nie można tolerować”, a liderów takich protestów ściga się zawzięcie do upadłego. Biała biedota, która ograbiła w miastach Anglii kilka sklepów została natychmiast okrzyczana mianem strasznych bandytów i nikt się nad nią nie litował.

Wszystko dlatego, że ci pierwsi – zdaniem lewacko-liberalnych elit – stali po właściwiej stronie historii, podczas gdy ci drudzy – po tej niewłaściwej.

I dlatego, kiedy prawicowe profile w mediach społecznościowych – z rosyjską inspiracją czy bez – donosiły o dokonywanych przez czarnych grabieżach, to „służyły FSB” i kiedy obecnie donoszą o tym, jak policja dokonuje masowych aresztowań wśród białych – również „służą FSB”.

Przedziwnym zaś sposobem, nigdy nie służą FSB te profile, które wychwalają palestyński Hamas, libański Hezbollah, jemeńskich Houtis, sprzeciwiają się rozwojowi energetyki jądrowej na Zachodzie, wspierają seksualnych dewiantów, masową imigrację, itd. Nie – oni z FSB nigdy nie mieli i nie mają nic wspólnego…

Przekonanie lewako-liberałów, że tylko oni powinni mieć monopol na sprawowanie rządów przekształca się na naszych oczach w przekonanie, że tylko oni powinni mieć monopol na kontrolowanie debaty publicznej. Tylko oni, w swej niezgłębionej mądrości, wiedzą co jest „naprawdę” dobre a co złe i jakie treści powinny trafiać do mas społecznych, co by – nie daj boże – nie skierowały ich sprzeciwu w „niewłaściwą” stronę. Społeczeństwo jest tu z definicji traktowane jak banda nieograrniętych głuptaków, którzy bez kuratorskiego nadzoru „nie wiadomo co sobie pomyślą” a to przecież niebezpieczne. Należy dokładnie kontrolować „co sobie ludzie myślą” a zwaszcza to, co sobie mówią.

Niczym w najmroczniejszych sowieckich czasach dzieci w szkołach namawia się, by donosiły na rodziców za ich „reakcyjne” poglądy na temat stosunków rasowych, stosunku do mniejszości seksualnych, poglądów na imigrację itd. Rodzicom o nie dość postępowych poglądach można dzieci odbierać – przecież nie można tolerować, żeby były one przez rodziców zmuszane do ich wysłuchiwania!

Osoby o prawicowych przekonaniach są w coraz większym stopniu traktowane jak zadżumione. Są pozbawiane awansów czy wręcz zwalniane z pracy za „mowę nienawiści”. Liderzy prawicowych ruchów politycznych są w coraz większym stopniu traktowani jak najgroźniejsi terroryści a teraz spotyka to już również właścicieli mediów społecznościowych, którzy nie chcą poddać się natrętnej kontroli „dobroduszników”. Ich sytuacja – jak to powiedział Elon Musk – zbliża się do problemu „Kobayashi Maru” znanego z serialu Star Trek. Każda strategia obrony wolności słowa spotyka się z pełną furii reakcją mainstreamu domagającego się pełnej kontroli nad przepływem informacji. Ostatnio dopatrzono się, że na arabskojęzycznym „Twitterze” pojawiło się kilka profili oferujących karabiny i granaty. Już sporządzany jest akt oskarżenia przeciw „X” za współudział w organizowaniu światowego terroryzmu. Jednocześnie na współpracującym z władzami Instagramie co chwila pojawiają się wielotysięczne siatki pedofilskie wymieniające się zdjęciami wykorzystywanych seksualnie dzieci i jakoś żadnej porównywalnej reakcji władz w tej sytuacji nie ma.

Dusząca pętla ideologii powszechnego szczęścia i miłości zaciska się coraz mocniej. Jeśli nie uda się temu przeciwdziałać za pomocą odpowiednio zorganizowanego oporu społecznego, to za kilka lat będziemy żyć z kłódką na ustach jak za komuny.