Od samego początku życie rzucało jej kłody pod nogi. Inni mieli żywot usłany różami, szło im jak po maśle, a Sandra od maleńkości walczyła o byt i czuła się najbardziej nieszczęśliwa na świecie. Dzieciaki z podwórka nie chciały się z nią bawić, nie miała tyle co inni zabawek, a nauczycielki w szkole spisały ją na straty. Stwierdziły, że „Sandra w tym życiu tabliczki mnożenia nie pojmie. Choćby skały płakały, to nie uda się i już”.
Józek, jej najbardziej prawdopodobny ojciec przyjął tę rolę życiowego przewodnika Sandry, choć nie raz, bo wiele razy, a właściwie to codziennie mamrotał, że ten mały blady rudzielec jest bardziej podobny do lisa z pobliskiej fermy od futer niż do niego. Bo był z niego kawał chłopa, taki na schwał, z cygańską czupryną i o czarnych jak noc oczach. Ręce miał jak bochny wielkie i gdyby pracowal, to mógłby zastąpić koparkę. Tylko że Józek nie pracował. Już przedszkolu stwierdzil, że „robota jest dla biednych, a nauka dla głupich” i konsekwentnie trzymal się tego przekonania.
Nie wylewał za kołnierz i jako amator wódeczki, Arizony i spirytusowych napojów zwanych „piwkami” zalewał robaka od poniedziałku do piątku, a w sobotę z niedzielą tym bardziej. Podśpiewywał, że każdego dnia „rybka musi popływać”, aż któregoś dnia zapił się na śmierć. Jacyś ludzie znaleźli go na parkowej ławce pół kwadransa od domu. Twarz zastygła mu w zdziwieniu, a niezamknięte oczy wydawały się patrzeć ku niebu. W otwartych ustach siedziała mu ogromna zielenią iskrząca mucha. Wiatr rozwiewal mu włosy upstrzone siwizną i ptasim guanem. Jeszcze kilka godzin a spadłby z ławki i wpadł pomiędzy trawnikowe kwiecie, ale stężenie pośmiertne trzymało go sztywno i mocno aż do samego przyjazdu ekipy z zakładu pogrzebowego.
Matka Sandry, Marianna rozpaczała krótko i treściwie, bo gdy tylko na grobie Józka spoczęła ostatnia wiązanka kwiatów, uśmiechnęła się do sąsiada z parteru i od tej pory zaczęli odliczać do swojego ślubu. Co prawda to prawda, Marianna starała się zachować resztki pozorów i raz w tygodniu robiła zakupy w pobliskiej biedronce ubrana w czerń i z dobrze udawanym smutkiem w oczach, ale sąsiadki powiedziały, żeby se jaj nie robiła i szykowała weselisko, bo szkoda czasu i atłasu na żałobę.
I tak po tygodniu od pogrzebu była kolejna impreza, na której udało się wypić za zdrowie na ziemi nowego męża Stefana i za zdrowie pod ziemią tego poprzedniego, czyli Józka. Mniej zorientowani gubili się i pytali, czy to aby nie spóźniona konsolacja, ale po kilku głębszych problem znikał. Biesiadnicy na przemian zakąszając flaczki i chleb ze smalcem śpiewali o zmarlym Józku, a przy grillowanym kurczaku wchodzili w weselne tonacje i wyśpiewywali sto lat i o gwiazdkach pomyślności wznosząc toasty za nową i młodą parę.
Sandra patrzyła na szczęście podstarzałych ” młodych” smutnym wzrokiem i lzawo wodziła oczami za co bardziej obrotnym kawalerem. W skrytości ducha zazdrościła matce. Czuła gotowość na zamążpójście, tylko nie miała za kogo. Pies z kulawą nogą nie zakręcił się przy Sandrze od dwoch miesięcy. Absztyfikanci szybko się nudzili jej towarzystwem i rozprawianiem o kolorze paznokciowych hybryd. Na szczęście po kilku setkach wódki Sandra porzuciła wstyd z sentymentem i wskoczyła na parkiet. Lata spędzone na wiejskich dyskotekach wyrobiły jej rytm i niepowtarzalny styl. Zagarnęła salę stając się niekwestionowany jej królową. Publika zamarła w zachwycie nad jej pląsem przy lambadzie, „lakukaraczy”, a gdy weselny band zawył o „jej oczach zielonych” wszyscy oszaleli i zapomnieli, na czyją imprezę przyszli i komu pierwotnie mieli klaskać. Marianna i Stefan próbowali wedrzeć się na parkiet, ale złakniony widoku Sandry tłum wyrzucił ich z sali. Niezrażeni odtańczyli swój pożegnalny taniec w przedsionku sali, rzucili w tłum wiankiem i muchą, po czym zagarniając podarowane im puste koperty i prezenty wskoczyli do auta Gienka. Brzecząc przyczepionymi do tylnego zderzaka puszkami wyruszyli w poślubną podróż prosto nad Bałtyk do kwatery pani Jadwigi w Jastarni.
Tymczasem weselna impreza zaczęła rozkręcać się na dobre. Na parkiet wbiegły inne pary, które wtórując grajkom wyśpiewały piosnkę „A wszystko to, bo ciebie kocham”. Na te słowa, rodzaj hasła czekał schowany pod stołem Grzechu. Niektórzy myśleli, że skrył się tam po przekroczeniu kolejnej śmiertelnej dawki weselnego Chopina, ale nie, nie!. Mylili się, bo Grzechu miał twardy łeb i wątrobę na schwał. Na ten umówiony sygnał wskoczył na parkiet strzelając hołubcami. W dłoniach miał bukiet z tysiąca i jednej czerwonych róż, które wyhodowali specjalnie na tę okazję okoliczni ogrodnicy. Potem niczym zreinkarnowany Elvis Presley rzucił się na kolana przed zastygłą w zaskoczeniu Sandrą i śpiewając ” law mi tende , lala lała”, bo więcej zapamiętać nie zdołał, wręczył bukiet i zdobne puzderko. Skrywały się tam obrączki po praprapradziadkach, które nosil w kieszonce na sercu od dnia, gdy po raz pierwszy jego oczy ujrzały Sandrę. Zakochał się od pierwszego wejrzenia. Burza jej wlosow przysłoniła mu caly swiat i wszystkie inne kobiety. Od tego czasu marzył tylko o niej i w mokrych snach wyobrażał sobie ich wspólną przyszłość. Zorganizował więc wszystko- te kwiaty i całą resztę, bo to był dopiero początek akcji. Drżąc podniósł prawą rękę i dał sygnał. Grajkoy band zamilkł i wtedy zza kotary prawego górnego kąta sali wyskoczył zmęczony oczekiwaniem ksiądz. Wyciągnął ze swojej reklamówki z żabki wszystkie niezbędne elementy stroju I przyjmując pobożny wyraz twarzy pobłogosławił Sandrę i Grzecha. Ona od razu odpowiedziała tak i wystawiła palec na obrączkę.
I tak to było! Kto nie chce, niech nie wierzy.
Na nowo zaczęło się weselisko. Trwało trzy dni i trzy noce, az wątroby wszystkim popuchły. Zjedli kopę pieczonych kurczaków, tuzin faszerowanych świń i mendel indyków w panierce. Jedli tłuste kielbasy, chleb orkiszowy posmarowany smalcem ze skwarkami i kiszonym ogórkiem. Poszło tyle wódki, że jezioro by nią napelnił. W powietrzu wybuchały race, fajerwerki i kapiszony, a nawet nadleciał helikopter z którego rozrzucono płatki czerwonych róż, które miłosnym kobiercem pokryły całą okolicę.
Dalej nie wierzycie?
Bo ja tam byłam.
Miód i kawę z mlekiem piłam.
Potem wszystko spisałam i ku pamięci tu wrzuciłam.
Obraz cscnewsletter z Pixabay
Zostaw komentarz